Dziennik autostopowiczki

Wpis

środa, 27 lutego 2013

podbój Europy Zachodniej przez dwie siostry P. - cz.5 Vila Nova de Cerveira, dramatyczne szukanie kanapy w Porto

Portugalia

Przejeżdżając przez rzekę, naturalna granicę hiszpańsko-portugalską, trafiamy do niedużej mieściny. Nad budynkami wznosi się spora, zadrzewiona góra, z wielką, metalową rzeźbą kozicy na szczycie. Christine, mimo, że już dawno miała nas wysadzić, postanawia zawieść nas na sam czubek góry, byśmy mogły podziwiać widoki z wysoka i następnie zawieść nas z powrotem na dół. Droga wije się zakolami coraz wyżej, skręcamy co jakiś czas to tu, to tam, by wreszcie stanąć w najwyższym miejscu. Widok jest oszałamiający. Pod nami rozciąga się ogromna rzeka, przy której przycupnęło miasteczko. Pas błękitu zmierza na zachód, stopniowo zlewając się z niebem. Słońce rzuca swe promienie od południa, tworząc bliki świetlne na wodzie. Oprócz tego mnóstwo drzew, zieleń jest wszędzie - roślinność kaskadowo schodzi w dół, opanowując również rozległą przestrzeń przy rzece. Robi to na nas takie wrażenie, że postanawiamy nie wracać. Dzień zmierza już ku końcowi, nie przejedziemy wiele więcej do wieczora. Tutaj mamy natomiast niepowtarzalną okazję obudzić się patrząc na tak piękny krajobraz. Rozmawiamy wesoło, wykładając Christine nasz plan i ustalając z nią, że zawiezie nas trochę niżej, by następnego dnia było się nam łatwiej wydostać. Tak też robimy. Stajemy mniej więcej w połowie odcinka, dzielącej nas od podstawy góry i żegnamy się, dziękując za pokazanie nam tak cudownego miejsca. Samochód odjeżdża, my siadamy przy drodze, zaczynając piknik. Spożywając nasze zapasy, zauważamy, że sporo aut zmierza jezdnią na prawo. Ewa idzie na przeszpiegi. Mój prywatny, nieustraszony zwiadowca wraca z rekonesansu z dobrymi wieściami - za zakrętem znajduje się miejsce na camping z grillem, toaletą i wodą. To małe ucywilizowanie tego miejsca w żaden sposób nie niszczy jednak jego uroku. Wszystko jest bardzo dyskretnie wtopione w otoczenie. WC znajduje się w małym budynku z szarego kamienia, kamienny również jest grill, przy którym znajduje się mały kranik, oraz zabudowane źródełko, z którego wytryska woda. Przy nielicznych stolikach siedzą liczne portugalskie rodziny, ucztując oraz radośnie się śmiejąc i rozmawiając.

 

Świetnie! Mamy wodę, mamy grilla, można przygotować kolację. Szybko jednak orientujemy się, że to nam nie wystarczy, z tego powodu, że... Nie mamy jedzenia, nie mamy naczynia do jego przygotowania, jak również zapałek/zapalniczki (ach, widać, trzeba zacząć palić, żeby te niezbędne przyrządy mieć zawsze przy sobie!). Z ciemnych czeluści naszych plecaków wyciągamy dość mocno wygniecione opakowania vifonów, przywiezione jeszcze z naszej ojczyzny, oraz, nasz jedyny, bardzo sfatygowany, metalowy kubek, którego cena dość znacząco zaważyła na jego jakości (ja swój zgubiłam jeszcze we Francji, gdy po wielokrotnym odkształceniu jego owalu, odpadło od niego ucho, za który był przytroczony do plecaka). Za nami połowa sukcesu. Przy użyciu zapałek, które pożyczamy od jednej z rodzin oraz wielkich szyszek, z życzliwą pomocą dwóch Portugalek, rozpalamy naszego grilla. Po chwili woda, w kubku, stojącym w ogniu (co, oczywiście, jeszcze bardziej go nadwyręża), zaczyna wrzeć. Resztę przygotowujemy zgodnie z instrukcją i za moment możemy rozkoszować się stuprocentowo chemiczną zupą. Na drugie danie mamy grillowane papryczki (nie polecam). Innych alternatyw dla naszego posiłku nie mamy, wszystkie zapasy zostały zjedzone.
Wieczór upływa nam na rozmowach, które prowadzimy, siadając przy ławce na samym skraju góry. Patrzymy w dal, na rzekę i miasteczko, powoli zaczyna się ściemniać, rozbłyskują małe światełka, zapadającej w sen wioski. Campingowicze rozjeżdżają się i po niedługim czasie zostajemy same z zapachem lasu, szumem źródełka i nocnymi odgłosami. 
Nasz namiot rozbijamy tak, by jego wylot ustawiony był w kierunku rzeki. Wyobrażamy sobie, jak rano otwieramy wejście i możemy napawać się widokiem, który dodaje nam sił na następny długi dzień (jak się potem okazuje - NAPRAWDĘ DŁUGI). 
Budzimy się, a raczej COŚ nas budzi - dźwięk jakiegoś dużego wozu - ciągnika? dźwigu? koparki? Nie jesteśmy pewne. Gramolimy się ze śpiworów, podnosimy klapę namiotu i... przecieram oczy. Jak to? Biel, wszędzie biel. Biel otula wszystko. To co kiedyś było lasem, rzeką, kamiennym domkiem - jest teraz bielą. Cały krajobraz zatopiony jest we mgle. A to ci niespodzianka, nasz misterny plan legł w gruzach! W dodatku coś w okolicy toalet zakłóca ciszę. Tłumaczymy sobie, że jest to pewnie szambiarka, która za chwilę, po spełnieniu swej powinności, odjedzie. Dodatkowo ktoś, charakterystycznie ubrany, kręci się obok nich - zapewne tam sprząta. Nie będziemy przecież przeszkadzać panu w pracy, nasza kąpiel w umywalce może chwilę poczekać. Konsumujemy papryczki z serkiem topionym, powoli się rozbudzając. Mija kilka godzin, ktoś w międzyczasie odjeżdża, hałasy jednak nie ustają. Upływa jeszcze trochę czasu, zanim decydujemy się sprawdzić co się tam dzieje. Z ulgą stwierdzamy, że pan sprzątający już sobie poszedł. Pociągamy za klamkę. Zgroza. Tragedia. Dramat. Katastrofa i nieszczęście. Żałoba. Drzwi są zamknięte. Sprawcą odgłosów okazuje się spychacz, który przesuwa gałęzie z drogi. Zdesperowane pytamy się jego operatora, o powód tej nieszczęśliwej okoliczności. Odpowiedź jest prosta - poniedziałek. Budynek otwarty jest tylko na weekend. Spóźniłyśmy się z naszą kąpielą jakieś 11 godzin.
  
Nikt nie powiedział, że podróże autostopowe wiążą się z komfortem. Odświeżamy się zatem w porośniętym roślinnością zbiorniku do którego wpada woda ze źródełka i gdzie pływają małe rybki. Zwijamy się i ruszamy dalej. Jako, że jesteśmy dość wysoko i zejście na dół zajęłoby nam trochę czasu, wyciągamy ręce i machamy na pierwszy przejeżdżający samochód. Zabieramy się z sympatycznym starszym małżeństwem, które proponuje nam, że podwiezie nas trochę dalej, do następnego miasteczka. Zgadzamy się i niestety nasza pazerność po niedługim czasie po raz kolejny nas karze. Okazuje się, że minęłyśmy zjazd na autostradę, w obecnej lokalizacji ciężko jest nawet znaleźć dogodne miejsce do stanięcia. Patrzymy na mapę i zadowolone stwierdzamy, że niedaleko znajduje się inny zjazd. Dość drastycznie jednak przekonujemy się, że na kawałku papieru wygląda to lepiej niż w rzeczywistości. Droga jest praktycznie pusta, nie ma ani kawałka cienia, w dodatku znajdujemy się pod znakiem, który wyraźnie zakazuje przebywania tam ludzi, rowerów, przyczep i zwierząt jucznych. Stoimy tam kilka godzin. Wreszcie - prawie nieprzytomne z przegrzania, postanawiamy przerzucić się na drugą stronę ulicy i wracać tam skąd przybyłyśmy.
Zmarnowałyśmy mnóstwo czasu i jak się okazuje - jego marnowania jeszcze nie koniec. Obie przystajemy na to, by do Lizbony dostać się drogą krajową. Tyle, że to wcale takie proste nie jest :). Wciąż nie widać dobrego miejsca by stanąć i wyciągnąć kciuka. Idziemy wiec w odwrotnym, niż docelowy, kierunku. Ciężki bagaż ciąży niemiłosiernie, słońce, ból głowy... Aaaaah! Po długim czasie tułaczki, stawania w miejscach niekoniecznie dobrych, trafiamy do miejsca z ogromną ilością przestrzeni. 5 minut. Tyle czekamy na samochód do Porto. Jedziemy z portugalskim raperem i jego dwoma koleżankami(?). Szczerze mówiąc nie jesteśmy pewne powiązań tej trójki. Nasze początkowe przypuszczenia, ze jest ojcem jednej z nich, lub obu, zostają obalone. Różnica wieku jest jednak dość znacząca pomiędzy nimi. Tak więc w drodze zastanawiamy się nad więzami, które łączą naszych tajemniczych znajomych, słuchając, wydobywającego się z głośników rapu. Wjeżdżając do Porto orientujemy się, że pora zrobiła się już późna. Zbyt późna, by starać się dotrzeć do Lizbony. Szczególnie, że nie mamy tam żadnego noclegu (nie miałyśmy okazji sprawdzić konta na couchsurfingu od Santiago). Każemy się zatem wysadzić w centrum. Żegnamy się, przenosimy nasze bagaże na ławkę i obserwując okolicę, rozkoszując się długo wyczekiwanym wieczornym chłodem, zastanawiamy się co dalej. Ewa wpada na pewien pomysł. Przechodzi przez ulicę do sklepu i po chwili wraca z wielkim kartonem. Karton? Po co karton? A kto powiedział, że noclegu na couchsurfingu można szukać tylko przez internet? Właśnie :). COUCHSURFING - to właśnie wypisujemy na tabliczce, ubieramy plecaki, łapiemy za rogi i zaczynami robić coś, co zostaje przez nas ochrzczone "couchostopem". I tak, jak poszukiwanie kanapy tradycyjnym sposobem, uważam za dość żmudne - czytanie setki profili potencjalnych hostów, wklejanie treści zaproszeń (tak, tak, nie oszukujmy się, każdy z nas używa tych dwóch magicznych przycisków CTRL+V :)) i czekanie w niepewności na odpowiedź, uciążliwe, szczególnie gdy jest się w dramatycznej sytuacji - tak jak my w tej chwili. Sposób wprowadzony przez nas w życie wzbudza w nas zupełnie inne odczucia - chodzimy z kartonem, uśmiechamy się do ludzi, oni uśmiechają się do nas, sympatycznie dziwiąc się na nasz widok. Jest naprawdę dużo śmiechu, zabawy i w ogóle nas to nie nuży. Po drodze wstępujemy na kawę, wyciągamy samouczek i uczymy się podstawowych zwrotów w portugalskim.
Ruszamy z naszą misją dalej, kolejne uśmiechy, kilka pytań, jeden telefon "do znajomego, który jest użytkownikiem cs"... I tak dochodzimy do dworca. Miejsce to zapadło Ewie w pamięć po ostatniej wizycie i jeżeli ktoś również był w Porto - to chyba doskonale ją rozumie. Miejsce niepodobne do żadnych innych, ściany obłożone kafelkami, które tworzą niebieskie malowidła, przedstawiające przeróżne sceny. Kręcimy się chwilę, patrzymy, podziwiamy, nie wypuszczając tablicy z rąk i wtedy, nagle... Ktoś idzie w naszą stronę coś do nas wołając. Trójka młodych ludzi. "Szukacie noclegu?" - słyszymy i kiwamy głowami w potwierdzeniu. "Chodźcie ze mną, możecie u mnie spać." I tak poznajemy Marcosa, Alice oraz Inês. Jak się okazuje, wcale nie są użytkownikiem portalu, słyszeli natomiast o tej stronie od znajomych - zobaczyli nas, przeczytali napis, szybko skojarzyli fakty i podążyli za nami na dworzec by nas zaczepić. Okazuje się, że trochę nas łączy - mianowicie są to uczniowie, byli, lub obecni, Liceum Plastycznego w Porto. Pięknie, nie dość, że nie musimy martwić się już o nocleg to w dodatku mamy go u świetnych ludzi o podobnych zainteresowaniach. Czy mogłoby być lepiej? Idziemy z Marcosem do jego mieszkania, gdzie ustawia status na facebooku "De repente ter duas turistas em minha casa, awesome :D" - co w tłumaczeniu oznacza "Nagle dwóch turystów w moim domu, super :D". I my też się cieszymy, że możemy być dwoma turystkami w Twoim domu, Marcos :).
  

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
autostopka
Czas publikacji:
środa, 27 lutego 2013 21:13

Polecane wpisy

Trackback