Dziennik autostopowiczki

Wpis

niedziela, 25 listopada 2012

podbój Europy Zachodniej przez dwie siostry P. - cz.4, ostatnie chwile w Hiszpanii

 

Santiago de Compostela jest czymś czego się nie spodziewałam. Zupełnie nie przypomina miejsc do których zmierzają pielgrzymi. Oczywiście, wokół nas mnóstwo jest sklepów z dewocjonaliami, wszystko jednak w mniej kiczowatym i przytłaczającym stopniu. Może z tego powodu, że miejsce to odwiedza inny typ ludzi, nie ma tutaj chmary babć, które przyjeżdżają z autokarową pielgrzymką. Architektura jest również bardzo przyjemna, wokół brukowane uliczki i budynki z gładko ociosanych kamieni. Włóczymy się po mieście, odwiedzamy kawiarenkę internetową, gdzie desperacko usiłujemy znaleźć nocleg na couchsurfingu w Lizbonie. Mamy być tam już za dwa dni i dalej nie mamy gdzie spać!

      



Wreszcie postanawiamy zobaczyć katedrę i chodząc wokół niej nagle słyszymy... język polski! Od razu w naszych ust wyrywa się "Polacy!". Na to zawołanie odwracają się dwaj chłopcy, którzy zapewne również są pielgrzymami, co można poznać po plecakach, i typowych muszli św. Jakuba do nich przytłoczonych. Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że jedziemy w to samo miejsce. Oczywiście oni, również wybierają się tam autostopem. Co wiec zrobić? Musimy pojechać tam razem, wspólnie! Żeby było ciekawiej rozdzielamy się, łącząc się w pary mieszane, ja jadę z Arkiem, Ewa z Michałem. Godzinę później, po zrobieniu wszystkiego, co zrobione być musiało, wydostajemy się na wylotówkę, korzystając z niezawodnej mapy od Javiera. Już zaraz łapiemy pierwszy samochód, do którego zostaję wpakowana z moim nowym partnerem podróży.

Zostajemy wysadzeni w następnym miasteczku gdzie ponownie wyciągamy kciuki. Stoimy jakiś czas, gdy wreszcie zatrzymuje się wóz z hiszpańskim małżeństwem. Próbuję dogadać się z kierowcą, pokazując mu javierową mapę, która mimo, że jest cudownym prezentem i ułatwieniem, jest również dość skąpa, jak to mapa z google. W każdym razie mężczyzna pokazuje mi, że jedzie do wioski na trasie, wyraźnie wskazując palcem na linię oznaczającą drogę. Świetnie! Wsiadamy zadowoleni. Nawiązujemy rozmowę, pytają się skąd jesteśmy i czy idziemy na pielgrzymkę. Arek odpowiada, że owszem, jest on pielgrzymem, wyruszył z Hiszpanii, do której dotarł autostopem. Jedziemy radośni z samego faktu, że się przemieszczamy, z nadzieją, że już wkrótce zobaczymy najdalej wysunięty kraniec Europy na zachód, który przez starożytnych uważany był za koniec świata (potem dowiadujemy się, że jest to bezczelny paszkwil, a najbardziej zachodni punkt znajduje się w Portugalii). Nagle zaczyna dziać się coś nieprzewidywalnego. Mijamy tabliczkę z drogowskazem na Finisterrę, skręcając w zupełnie innym kierunku. Arek reaguje, pyta się, czy moglibyśmy tutaj wysiąść. Kierowca jednak uspakaja nas, pokazując rękoma, że niedługo skręci z powrotem, wracając na trasę. Jedziemy i jedziemy, co raz to skręcając i oddalając się od naszego zamierzonego kierunku. Wreszcie samochód zatrzymuje się. Dziękujemy niepewnie i wysiadamy. Przed nami rozciąga się pustka, dosłownie - nic tu nie ma, oprócz kilku drzew i asfaltu przez który przejeżdża jedno auto na 15 minut. Nasi Hiszpanie mówią nam, że jest tutaj pole namiotowe i gdybyśmy nie zdołali niczego złapać, możemy się przespać w tym miejscu. Tam dalej, dodają, jest szlak Santiago i następnie udają się na wspomniany camping w celu spożycia soków wysokoprocentowych. Czyżby źle nas zrozumieli? Nie jesteśmy przecież pielgrzymami, już nie! Nie chcemy tutaj zostawać, musimy jechać dalej! Tylko co tu zrobić, jak tego dokonać, skoro przestrzeni wokół nas nie można inaczej opisać niż jako... zadupia. Powoli tracę nadzieję, nie wiem gdzie znajduje się moja siostra, jestem na nieznanym terenie, ponad trzy tysiące kilometrów od domu z chłopakiem, którego poznałam kilka godzin temu, posiadając marne szanse, żeby się stąd wydostać. W dodatku okazuje się, że oboje jesteśmy początkującymi autostopowiczami, to nasza pierwsza duża wyprawa, a naszych weteranów wysłaliśmy w podróż razem. Zaczynam instynktownie iść do przodu, po chwili jednak zauważamy tabliczkę, że to następnej miejscowości jest jakieś 7 kilometrów. Machamy więc do każdego samochodu, który przejeżdża (a nie jest ich dużo ;)). Musimy wyglądać naprawdę przykro i żałośnie gdyż... jeden z nich się zatrzymuje (tak! na litość i minę zbitego psa też da się łapać!). Są to starsi hiszpańscy turyści, którzy, podobnie jak my, nie wiedzą gdzie się znajdujemy. W dodatku twierdzą, że właśnie przyjechali z Finisterry, która jest w odwrotnym kierunku niż łapiemy, co kompletnie mnie dezorientuje. Po długiej dyskusji decydujemy się, że pojedziemy razem z nimi, przed siebie, i zobaczymy gdzie nas to doprowadzi. Wszystko będzie lepsze od tego miejsca! Na szczęście, chwilę potem widzimy drogowskaz i okazuje się, że to my mieliśmy rację i kierunek jest dobry. Nasi dobroczyńcy okazują się bardzo sympatycznymi ludźmi, którzy w dodatku mówią po angielsku, co pozwala na przeprowadzenie małej pogawędki. Po tym gdy dowiadują się, że jesteśmy z Polski, opowiadają zabawną ciekawostkę - w jednym regionie Hiszpanii dialekt innego regionu jest tak niezrozumiały, że nazywają go językiem polskim. Staruszkowie okazują się tak życzliwi, że nadrabiają trochę drogi i wysadzają nas w idealnym miejscu. Tam, nie wyciągamy nawet kciuków, już zatrzymuje się auto. Za kierownicą siedzi Bask, obok jego baskijska żona. Proponują, że zabiorą nas do miasteczka po drodze, na co bez wahania się zgadzamy. W czasie jazdy okazuje się, że mają ochotę zawieźć nas dalej i podrzucają nas na sam koniec klifu na Finisterze. I tak nadrabiamy stracony czas, będąc pierwszymi na mecie.

Już obserwując krajobraz z okna samochodu moje oczy otwierają się z podziwu. Dopiero jednak wychodząc na otwartą przestrzeń mogę w pełni chłonąć widoki. A są one niesamowite. Skalisty klif, otulony zielonymi roślinami, przez które przeświecają plamy fioletu, na tle bezkresnego, ogromnego oceanu. Gniewna woda bije o nagi kamienisty brzeg, białe prądy przecinają błękit. Wszystkiego dopełnia czyste, burzowe powietrze, i wiatr, który smaga skórę i wichrzy włosy. Przed oczami rozciąga się przestrzeń, ogromna przestrzeń, nie widać punktu w którym kończy się ocean, tylko niebieski, niebieski, niebieski, który brnie na zachód, przechodząc w coraz to kolejne odcienie. Nie wyobrażałam sobie niczego tak pięknego, to chyba najcudowniejsze miejsce w którym kiedykolwiek byłam.

  



   


 

Wkrótce potem kontaktujemy się z drugą grupą, która chwilę potem dojeżdża. Chłoniemy widoki, robimy mnóstwo zdjęć, znajdujemy słup na którym widnieją pamiątkowe napisy, i również zostawiamy swój ślad. Tak mija czas, doprowadzając nas do momentu zachodu słońca. Zaraz potem robi się całkowicie ciemno. Siedzimy, pijąc sangrię i słuchając wieczornych odgłosów. Nagle z ciszy wyławia się męski głos, który jak się okazuje, należy do francuskiego pielgrzyma. Nawiązujemy rozmowę, z której wynika, że przebył on odcinek z Francji na Finisterrę, czyli jakieś 1700 kilometrów. Ta liczba nawet nie mieści mi się w głowie, nie umiem sobie wyobrazić przejścia takiego dystansu na własnych stopach. Po prostu nie potrafię. Wkrótce dołącza się do nas inny odgłos mowy. Odgłos, który przeszywa serce smutkiem. Jego barwa jest tak przeraźliwie żałosna i zmartwiona, że sami powstrzymujemy się od płaczu. Okazuje się, ze tym razem jego właścicielem jest obywatel Hiszpanii, któremu nadajemy wdzięczne imię "smutny Hiszpan". Pyta się, czy ktokolwiek mówi w jego języku, a gdy słyszy odpowiedź odmowną, dziękuje i zbiera się do odejścia. Zatrzymujemy go, przywołując i zapraszając go do naszej gromadki. Zaraz potem, wychodzi na jaw, że charakter i mimika twarzy tego człowieka nijak ma się do przykrych dźwięków, które wydostają się z jego ust. W rzeczywistości jest to wesoły i pogodny człowiek.

    

   

Robi się coraz później, więc postanawiamy postawić namiot. Idziemy na pagórek, znajdujemy idealne miejsce z widokiem na ocean, rozbijamy się, w międzyczasie łamiąc kilka elementów i wracamy po bagaże. Leżą one pod drewnianą wiatą, która rano służy sprzedawcom pamiątek za schronienie. Gdy tylko jednak odchodzimy od naszego nowego obozowiska, rozpętuje się straszna burza. Ściana deszczu spada na ziemię, Jesteśmy więc uwięzione pod wiatą, gdyż pchanie się do namiotu z plecakami w tym momencie skończyło by sie jedynie przemoczeniem do suchej nitki. Tutaj spędzamy również noc (bo czekając, aż przestanie lać, zasypiamy), w towarzystwie naszych nowych przyjaciół.Rano okazuje się, że spałam na nożu, położonym na gołym betonie (? :O). Wolno, niespiesznie próbujemy się przebudzić. Tak wolno, że pojawiają się sprzedawcy pamiątek, którzy rozkładają swój towar niedaleko nas. Nasz poranek urozmaica towarzystwo bardzo brzydkiego psa, który, jak nam się wydaje, warczy na nas. Przekonujemy się jednak, że nie ma on złych intencji, i, oprócz tego, że ma bardzo parszywą i brzydką mordkę, nie posiada umiejętności oddychania w normalny sposób. Przy każdym nabieraniu i wypuszczaniu powietrza z jego paszczy wydobywa się świszczący bulgot, przypominający warczenie. Zajmuje nam to trochę czasu, zanim wreszcie wszystko pakujemy i jesteśmy gotowi do dalszej drogi (w między czasie Smutny Hiszpan wraz z Pielgrzymem Francuzem opuszczają nas). Pytamy się młodej pary, czy nie zabraliby nas do bardziej cywilizowanego miejsca. Zgadzają się i wkrótce siedzimy zadowoleni w samochodzie. Okazuje się, że mogą podwieźć trochę dalej chłopaków, którzy kierują się już w stronę domu. Chwilę potem docieramy na drogę, na której mamy wysiąść z Ewą. Żegnamy się z Arkiem i Michałem, a nasze ścieżki od tego momentu się rozchodzą.

  

 

My, powoli, powoli próbujemy dostać się na drogę do Portugalii. Jedziemy między innymi z rodzinką Rumunów, ściśnięci razem w piątkę, słuchając piosenek w ich języku. Zostajemy wysadzone na drodze krajowej, która ma nas zaprowadzić do naszego celu. Jesteśmy jednak zbyt chciwe, chcemy osiagnąć go szybciej, jadąc autostradą. Jest tylko pewien problem. Do autostrady trzeba dojść, na piechotę. Wtedy nie wiemy jeszcze jak daleko się znajduje i ile nam to zajmie. Ochoczo jednak podążamy w jej kierunku. Musimy iść poboczem bardzo ruchliwej jezdni, co chwilę ktoś na nas trąbi. Nasza obecna sytuacja jest jeszcze bardziej niekomfortowa, ze względu na nasze ogromne plecaki, które bardzo nam ciążą. Nie poddajemy się i idziemy dalej. Krok za krokiem walczymy ze stromizną ulicy, pnąc się w górę. Wreszcie, po godzinie wyczerpującego marszu naszym oczom ukazują się bramki. Miejsce jest wprost idealne. Przejeżdża tędy sporo samochodów, przed bramkami jest mnóstwo miejsca do zatrzymania. Perfekcyjnie, po takiej wycieczce nie mogło nas spotkać nic lepszego. Wykończone zrzucamy z siebie bagaże, siadamy i wyciągamy jedzenie, odpoczywając przed ponownym łapaniem. Nasz cudowny spokój zakłóca nagle samochód, który do nas podjeżdża. I oczywiście, nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie był to… Samochód obsługi autostrady. Patrzę tylko zmęczonym wzrokiem, obserwując rozwój wypadków, wiedząc jednocześnie, co oznacza przybycie tego auta, nie raz byłyśmy przeganiane spod bramek. Ewa zaczyna z nimi rozmowę. Obrana taktyka: udawanie debila. „Nie rozumiem po hiszpańsku. Polski? Mówisz po polsku? Nie wiem co do mnie mówisz… Nie rozumiem, nie mówię po hiszpańsku…”. Intruzi nie chcą się jednak odczepić, powtarzanie tych zdań w kółko nie skutkuje. Nawet osoba z IQ równym 50, zorientowałaby się, czego oczekują od nas delikwenci, trzeba zatem przyjąć inną strategię. Zaczynamy tłumaczyć, że przebyłyśmy długą drogę i nie mogą nas stąd wyrzucić. Oni twierdzą co innego, a mianowicie, że musimy cofnąć się do miejsca z którego przybyłyśmy, czyli tam gdzie wysadzili nas Rumuni. Tłumaczymy i błagamy, kombinujemy na wszelkie sposoby. Panowie są bardzo mili, naprawdę. Dzwonią nawet do swojego szefa. Jednak są oni tylko jego podwładnymi. Szef to szef. Rozkaz to rozkaz. A dwie autostopowiczki na wjeździe do autostrady to… ech.. po prostu trzeba je stamtąd wywalić.

Poddajemy się. Mamy to szczęście, że nie każą nam wracać tam o własnych nogach (to byłby dramat godny tragedii Sofoklesa). Wpakowują nas więc do samochodu i, z krwawiącym sercem – wracamy. W naszych oczach pojawiają się łzy, gdy przez okno widzimy trasę. Całe kilometry potu, trudu i ciężaru. Nasz kierowca stwierdza, że jego pryncypał to idiota. To stwierdzenie podnosi nas trochę na duchu. Podsumowując: stoimy w tym samym miejscu co półtora, czy nawet dwie godziny temu. Jesteśmy zmęczone i zdesperowane oraz dodatkowo straciłyśmy mnóstwo czasu. No, i nie będziemy jechać autostradką.

Przed nami , po drugiej stronie ulicy jakaś staruszka sprzedaje na małym straganiku zielone papryczki. I nasze, i  jej działania nie przynoszą rezultatu – u niej nikt nie kupuje, u nas nikt się nie zatrzymuje. Ten fakt sprawia, że nawiązuje się miedzy nami jakaś niepisana więź i solidarność. Co chwilę spoglądamy na siebie i uśmiechamy się. Wreszcie mówię „Ewa, patrz jaka ona jest biedna, nie ma żadnych klientów. Chodźmy i kupmy od niej jedną paczkę, może właśnie po to tu stoimy, żeby jej pomóc.” Tak też robimy. Szczerze mówiąc, z perspektywy czasu, nie mam pojęcia co miało na celu to wydarzenie. Nic się nie stało za sprawą tych warzyw, okazało się nawet, że niekoniecznie są one jadalne bez ich uprzedniego ugotowania (czego nie miałyśmy oczywiście możliwości zrobić). Jedyne co nam przyniosły, to stado mrówek, które przyciągały, gdy już dogorywały w plecaku. W każdym razie, po pewnym czasie zatrzymuje się samochód, w nim – młoda dziewczyna i jej ojciec za kierownicą. Właśnie jadą odwieźć ją do domu ze studiów. Tatko jest mało rozmowny (dlatego bardzo jesteśmy zdziwione, gdy okazuje się, ze zatrzymali się z jego inicjatywy), dziewczę wręcz przeciwnie. W dodatku mówi po angielsku całkiem dobrze (naprawdę, w Hiszpanii i Francji jest to ewenement), mimo, że twierdzi, że nie używała go już od kilku lat. Jedziemy w miłej atmosferze. W pewnym momencie zmieniamy samochód, wraz z kierowcą, na auto naszej rozmówczyni. Jest tak sympatyczna, że przewozi nas przez granicę (swoją drogą bardzo umowną, składającą się w dwóch tabliczek obok siebie – E i P) i proponuje nam pokazanie okolicy. W momencie przekroczenia tej magicznej linii nie mogę uwierzyć w to co się stało. Moja Portugalia! Nareszcie! Po takim czasie, takim wysiłku w końcu ojczyzna fado oraz Christiano Ronaldo (;)) stoi właśnie przede mną. Silne wzruszenie uruchamia u mnie proces piszczenia i rzucania się po samochodzie na wszystkie stronie. Ale o tym co nas spotkało i co widziałyśmy od momentu wkroczenia na terytorium oznaczonym literką „P” dopiero później… :)

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
autostopka
Czas publikacji:
niedziela, 25 listopada 2012 14:38

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość A. napisał(a) z *.internetdsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2013/01/06 13:00:20:

    jak tam święta dziewczyny? wyjeżdżałyście gdzieś? :)

  • autostopka napisał(a) komentarz datowany na 2013/02/27 07:48:20:

    Ewa już na dobre zaaklimatyzowała się pod Częstochową, tak więc święta oraz nowy rok spędziła właśnie tam. Natomiast Zuza na swojego niezapomnianego sylwestra pojechała do Pragi - oczywiście stopem. :)

  • Gość michal napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2013/07/02 07:10:40:

    Ciekawy blog, ja osobiscie jeszcze jakos nie odwazylem sie na podroz stopem. Coz...wszystko przede mna :)

    Pozdrawiam,


    www.aposluchaj.blogspot.com

  • Gość Krzysiek napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2014/03/04 09:22:36:

    Jesteście nieźle zwariowane, że postanowiłyście się rozdzielić i jechać w mieszanych parach :P Relacja bardzo przyjemna, a rejony które zwiedziłyście. marzą mi się od momentu kiedy stopem dojechałem na Nordkapp. Super relacją i fajnie się czyta, szkoda że od pewnego czasu cisza na blogu :(

Dodaj komentarz