Dziennik autostopowiczki

Wpis

sobota, 17 listopada 2012

podbój Europy Zachodniej przez dwie siostry P. - cz.3, etap hiszpański

Hiszpania

Mamy dwie opcje w którym kierunku będziemy jechać - albo skierujemy się na San Sebastian (które kusi nas niesamowicie, bo wszyscy mówią, że jest bardzo piękne), albo Pampelunę. Postanawiamy, albo raczej ironicznie nie postanawiamy niczego - gdzie będzie jechać kierowca, tam pojedziemy i my. W momencie gdy zatrzymuje się samochód okazuje się, że tego dnia zwiedzać będziemy miasto słynące z walk byków. Podczas pierwszych minut rozmowy okazuje się, że przestawienie się z francuskich zwrotów (takich jak dziękuję, dzień dobry, do widzenia) na hiszpańskie jest trudniejsze niż myślałyśmy. Zresztą to samo spotyka nas gdy przekraczamy granicę w drugą stronę ;). 


Niedługo potem możemy zacząć podziwiać pampeluńskie uliczki. Uderza mnie, jak bardzo charakter tego miejsca różni się od tego co widziałyśmy dotychczas. Hiszpańska architektura niczym nie przypomina tej we Francji. Postanawiamy pozbyć się plecaków, by zwiedzanie nie przerodziło się w katorgę. Sprawdzian naszej elokwencji i dyplomacji odbywa się w jednym ze sklepów, gdzie sprzedawane są rowery. Sprzedawczyni okazuje się bardzo miła, bez problemu pozwala nam zostawić tu bagaże. Mówimy, że wrócimy za godzinę, ładnie się żegnamy i ruszamy eksplorować Pampelunę.



Chodzimy klimatycznymi uliczkami, śpiewając hity Rickiego Marina (nie pytajcie się dlaczego...). Co krok zauważamy zwisające z balkonów, czy okien, plakaty krzyczące o odłączeniu się Kraju Basków (co jest szczególnie ciekawe, jako że Pampeluna nie leży wcale na jego terenie). Jesteśmy zszokowane gdy widzimy tabliczkę przed pewnym kościołem - okazuje się, ze w mieście które przechodzi przez szklak Camino de Santiago pielgrzym musi zapłacić za samo wejście 3 euro. Aż  z oburzenia i idziemy dalej. Tyle o tym mieście. Wracamy po nasze plecaki. Znajdujemy odpowiednią, jak nam się wydaje, ulicę i przechodzimy ją kilka razy. Zaraz, zaraz... Dlaczego tego sklepu tutaj nie ma? Czy to na pewno odpowiednie miejsce? Czyżbyśmy się pomyliły? Okolica jednak wygląda znajomo. Adrenalinka trochę nam podskakuje gdy stwierdzamy, ze to bardzo prawdopodobne, że został on po prostu zamknięty i będziemy mogły zgłosić się po nie dopiero rano. Rozglądamy się raz jeszcze i znajdujemy odpowiedni budynek - rolety są zasunięte, dlatego tak ciężko było go odnaleźć. Na drzwiach odkrywamy kartkę ze wskazówką gdzie mamy szukać naszych bagaży - "Your backpacks are in next bike shop". Piszemy pod tym zdaniem podziękowania i rozbawione całą sytuacją udajemy się po nasz ekwipunek.

 

 

 



Okazuje się, że wyjechanie z tak dużego miasta jakim jest Pampeluna nie jest wcale łatwe. Wsiadamy do autobusu, ale ktoś robi szum, ze nie skasowałyśmy biletów. Mówimy zatem kierowcy, że następny numer pasuje nam lepiej i opuszczamy pojazd. Stoimy jakiś czas łapiąc, dopóki pomocni przechodnie nie mówią nam, że dalej znajdziemy lepszy punkt do autostopowania. Tam właśnie zatrzymuje się nasz samochód, który wiezie nas aż do Logroño  Kierowcą jest miły hiszpański rolnik, który zaprasza nas na coca-colę do pubu o nazwie "The Drunken Duck". Tutaj poznajemy dziwny zwyczaj typowy dla Hiszpanii - wszystkie serwetki zgniecione w pięści zostają rzucone pod kontuar. Nasz farmer jest jak miły, że podwozi nas specjalnie na dogodne miejsce do autostopu. I od tego momentu zaczyna się chyba najbardziej ekscytująca część wyprawy... :)



Nie musimy czekać długo. Na wysepce na której stoimy po kilku minutach zatrzymuje się Latynos w średnim wieku, który, jak możemy zgadnąć po napisie na koszulce, jest z Kolumbii. Ivan, jak się przedstawia, mówi, że jedzie do pobliskiego małego miasteczka, w którym akurat trwa fiesta. Fiesta? Świetnie! Jak mogłybyśmy być w Hiszpanii i nie wiedzieć jak się tutaj świętuje? Tak więc zabieramy się z naszym nowym kolumbijskim przyjacielem do Navarette. Jesteśmy niesamowicie szczęśliwe - nie dość, że załapujemy się na zabawę, to jeszcze miejsce w którym się odbywa okazuję się być przepiękne. Pomiędzy kamiennymi budynkami ciągną się bardzo wąskie uliczki, jest naprawdę bardzo klimatycznie. Ironicznie małe, nieznacząca miejscowość robi na nas większe wrażenie niż ogromna Pampeluna. 

Ivan prowadzi tutaj nieduże stoisko, promując kulturę swojego kraju, sprzedaje typowe kolumbijskie jedzenie i napoje. Zresztą jest wielkim entuzjastą swego narodu i państwa, wkrótce ma ruszyć w podróż po państwach europejskich by je propagować. Zostajemy poczęstowane piwem (bardzo dobre :)) i kawałkiem kurczaka zapiekanym w placku. Próbujemy również przysmaku typowego dla Navarette. Nie wiemy za bardzo jak ustosunkować się to tego smaku, jest to bułka z rybą i papryką w środku. Zostawiamy na stoisku nasze plecaki i idziemy się bawić. Tańczymy do hiszpańskich, i nie tylko, hiciorów, wykonywanych przez dość kiczowatą parę. Bawimy się cały wieczór, który jest urozmaicony również pokazem sztucznych ogni. W między czasie Ivan proponuje nam, żebyśmy zostały na noc w mieszkaniu jego i jego żony. Znajduje się ono w Logroño, czyli stamtąd, skąd przyjechałyśmy. Obiecuje nam jednak, że odwiezie nas rano na wylotówkę. Rozważamy jego propozycję, straciłyśmy trochę czasu w Lourdes i Bayonne, do Portugalii nam się spieszy i planowałyśmy jechać przez noc. W tym momencie przypominają nam się wydarzenia ze Szwajcarii i oczywiście to wspomnienie zaważa na naszej decyzji. Po fajerwerkach wracamy do stoiska gdzie poznajemy rodzinę naszego gospodarza, jego żonę Esperanzę i 18-letniego syna (zabawne uczucie, mówić z ojcem swojego równolatka na "ty"). Ludzie zaczynają się rozchodzić, ale jak się przekonujemy nie jest to wcale koniec zabawy. Jak nam wyjaśnia Ivan, mieszkańcy idą do domu by zjeść posiłek, ale niedługo wrócą by bawić się dalej. Dopiero po kilku godzinach jedziemy do mieszkania. Jesteśmy zmęczone, ale niesamowicie szczęśliwe. Cudownie jest się położyć po takim dniu w świeżej pościeli na miękkim łóżku (drugi raz z rzędu! :)).

Rano nasi Kolumbijczycy witają nas ze śniadaniem - kukurydziany placek z jajkiem, kawałek białego sera i czekolada, wszystko typowe dla ich kraju. Dostajemy małe upominki w postaci pocztówek z życzeniami oraz opasek na rękę w kolorach Kolumbii. Oczywiście żal jest się rozstawać, ale jak zwykle goni nas czas, kciuki wyrywają się do machania. Zgodnie z obietnicą zostajemy wysadzone na drodze prowadzącej dalej na zachód. Żegnamy się i po jakimś czasie jesteśmy już w Burgos, jedząc drugie śniadanie. Siedzimy przy szlaku do Santiago, co chwilę zatem mijają nas pielgrzymi, którym życzymy, a oni nam, "Buen Camino", czyli dobrej drogi. Idąc w lepsze miejsce jesteśmy mylone z pątnikami, mimo naszych monstrualnych plecaków, które w sumie wykluczają opcję, że nimi jesteśmy (bo żaden, nawet największy pokutnik nie wybrałby się z takimi klocami do Santiago).

 

W Burgos nie machamy długo. Zatrzymuje się mężczyzna, który jedzie do... Santiago de Compostella! Przejedziemy zatem połowę Hiszpanii! Jak się okazuje Javier, zawodowy ilustrator, jest kochającym ojcem dwóch synków, o których opowiada z dumą i miłością (i których właśnie odwiózł do babci). Minusem tego faktu jest, że na dwóch siedzeniach z tyłu zamontowane są dwa dziecięce foteliki, a ja muszę ścisnąć się pomiędzy nimi. To chyba najmniej komfortowa podróż ze wszystkich (serio, już wolałam mieć na kolanach dwa plecaki). Około 500 km przejechanych w pozycji, w której w żaden sposób nie można było się zrelaksować. Javier nie mówi po angielsku, nie muszę chyba wspominać, że Ewa nie mówi po hiszpańsku. Mimo tych dwóch faktów jakimś dziwnym sposobem, przy pomocy gestykulacji i słownika, rozmawiają całą drogę i jest to konwersacja na poziomie. Słyszę niestety tylko urywki tej wymiany zdań, gdyż włącza się moja wrodzona zdolność spania w każdych warunkach i zapadam w drzemkę (co jednak nie wyklucza tego że było potwornie niewygodnie). Gdy budzę się rozglądam się zdziwiona. Krajobraz w Burgos był górzysty i bardzo suchy. Po tym jak otwieram oczy widzę jednak mnóstwo zieleni, wokoło rosną drzewa i rozległe pola. Nie mam pojęcia jak widoki mogły zmienić się tak diametralnie i tak gwałtownie. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, gdzie Javier zaprasza nas na obiad - prostej sałatki, chleba i tortilli. I teraz ciekawostka - tortilla (czyt. "tortija") nie jest dla Hiszpanów tym, co przy pierwszym skojarzeniu staje nam przed oczami. Nie jest to w żadnym wypadku zawijany placek z sałatą, warzywami i mięsem, a rodzaj omletu z jajek i ziemniaków. Te dwie potrawy nie maja ze sobą nic wspólnego, oczywiście w smaku również nie są podobne ;). Zaraz ruszamy w dalszą drogę i przekonuję się jak wiele ominęło mnie podczas mojego snu - Javier okazuje się świetnym, przekochanym, zabawnym gościem. Wspaniale bawimy się razem z nim jadąc, rozmowa z nim jest przekomiczna, ma cudowną mimikę i gestykulację, dodatkowo wielkie poczucie humoru i mnóstwo dystansu do samego siebie. Tłumaczy nam, że jedzie do miejscowości położonej nad oceanem, A Coruñii, gdzie ma pracować przez 3 godziny, a następnie wraca do domu w Santiago. Proponuje, że może nas przenocować, wcześniej, podczas jego pracy, zwiedzimy sobie miasto, nacieszymy się oceanem i następnie, jeżeli będziemy mieć ochotę, pójść na darmowy koncert. Oczywiście, zgodnie z naszą nową filozofią, po krótkiej namowie zgadzamy się. Właśnie w ten sposób już trzecią noc pod rząd mamy przespać w wygodnym łóżeczku.


Mija trochę czasu zanim naszym oczom ukazuje się A Coruñia. Zabawne, nigdy nie słyszałyśmy o tym miejscu, skład listy popularnych miejscowości w Hiszpanii, gdzie Polacy lubią wybierać się na wakacje, nie zawiera tej nazwy. Mimo to miasto zauracza nas - w samym centrum plaża w zejściem do oceanu, w głąb budynki w stylu art noveau. Skład naszych rzeczy ograniczamy do paczki ciastek, aparatu, kostiumów kąpielowych i paru innych drobiazgów, żegnamy się z Javierem, umówiwszy się z nim na konkretną godzinę i ruszamy w kierunku wiejącej bryzy. Tutaj pierwszy raz następuje moje bliskie spotkanie z Atlantykiem (jeszcze tylko trzy oceany i będę miała odhaczone wszystkie!). Przebieramy się, łapiemy się za ręce i z impetem wbiegamy do zimnej wody. Jest cudownie orzeźwiająca. Wokół nas fale rozbijają się o brzeg i wystające skały, ich bujne białe grzywy odznaczają się na tle błękitu. Plaża zupełnie nie przypomina tych polskich, i chyba mogę o tym zaświadczyć najlepiej, jako, że sama pochodzę z nadmorskiej miejscowości. Nad nami, na skalistej skarpie wznoszą się wieżowce, tworząc wraz z rozległą płaszczyzną piasku ciekawą kompozycję. 

 

Po tej niezaprzeczalnej przyjemności ruszamy deptakiem wzdłuż wybrzeża. Rozkoszuję się wiatrem, który muska moją twarz i ramiona, woń morskich ryb i soli drażni nozdrza. Dochodzimy do najstarszej działającej latarni morskiej na świecie (a równocześnie jedyną rzymską), zwaną Wieżą Herkulesa, która osiąga imponującą wysokość 68 metrów. Okazuje się, że nasz czas się kończy i najwyższa pora zbierać się na ponowne spotkanie z naszym uroczym kierowcą. Wracamy. Po krótkiej wymianie zdań z Javierem ruszamy w miasto pogrążone w wieczornym mroku. Nasz nowy gospodarz pokazuje nam przykłady tutejszej architektury (wspomniane wcześniej domy w stylu secesyjnym, oraz bogato oszklone budynki, typowe dla regionu Galicji), uczy nas słów w hiszpańskim, i cieszy się jak dziecko gdy udaje nam się ich użyć w odpowiedniej sytuacji. Docieramy do bardzo ruchliwej małej restauracyjki, gdzie podobno można dostać sporą porcję jedzenia za przystępną cenę (stąd te tłumy). Próbujemy następnych hiszpańskich specjałów, popijając to wszystko wybornym piwem (jak się potem dowiadujemy w Hiszpanii i Portugalii istnieje przepis, mówiący, że jazda samochodem jest dozwolona nawet po dwóch piwach). Następnie odwiedzamy darmowy koncert, o którym wcześniej wspominał Javier. I to okazuje się najgorszym punktem wieczoru. Gra zespół, który przypomina nam New Order, na którym byłyśmy z Ewą, gdy w lipcu weszłyśmy za darmo (oraz nielegalnie, oczywiście) na Openera (niestety spóźniając się na gwiazdę wieczoru, Bjork). Dla wyjaśnienia - przezwałyśmy ich wtedy starymi nudziarzami bez charyzmy, których muzyka jest bezpłciowa niczym stary kapeć. Te smutne smęty nie psują nam jednak nastroju i zwijamy się po trzech piosenkach. Chodzimy jeszcze po mieście, chłonąc wieczorne krajobrazy, śmiejąc się i opowiadając o tym co do tej pory nam się przydarzyło. Przyswajamy przypadkowe hiszpańskie wyrazy, takie jak "słomka" i odwdzięczamy się tym samym Javierowi, zapodając mu tradycyjną wiązankę "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie i Szczebrzeszyn z tego słynie" ("wait... how? wchrzszszsz bsszdsz szkjlkajflkakfpl... Muy difícil!"). W końcu jedziemy do Santiago, do domu. Jesteśmy wykończone. Tej nocy śpimy w dwóch małych łóżkach synów naszego hosta, w uroczym dziecięcym pokoiku. Rano nasz gospodarz robi nam śniadanie, czyli rogaliki z czekoladowym nadzieniem oraz kakao. Zaskakuje i rozczula nas bardzo gdy okazuje się, że przygotował nam mapy, jak wydostać się z miasta, oraz jak dotrzeć do Finisterry, czyli naszego następnego celu. Oprócz tego wydrukował dwie kartki z napisem "FINIS" i "TERRE", po jednej do trzymania. Javier musi jednak wkrótce wracać do pracy, a nas goni oczywiście dalej. Zostajemy odwiezione do centrum i żegnamy się tam ze smutkiem, szczęśliwe jednocześnie, że udało nam się poznać tak świetnego człowieka.


Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
autostopka
Czas publikacji:
sobota, 17 listopada 2012 21:40

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • kowalski198 napisał(a) komentarz datowany na 2013/06/21 14:05:18:

    fotelik cybex

Dodaj komentarz