Dziennik autostopowiczki

Wpis

sobota, 03 listopada 2012

podbój Europy Zachodniej przez dwie siostry P. - cz.2, etap francuski

 by Zuzanna

Powoli dojeżdżamy do Lozanny. Nasz kierowca nie mówi po angielsku, mimo tego Ewa próbuje mu w jakiś sposób wytłumaczyć, że chcemy dalej jechać w kierunku Genewy i chcemy wysiąść w dobrym miejscu na autostradzie. Kierowca zatrzymuje się na stacji Shell - już chcemy się żegnać, ale on tłumaczy, że tylko idzie do toalety i wysadzi nas w lepszym miejscu. Sprawia wrażenie, jakby wiedział co mówi. Gdy zbliżamy się do docelowego miasta, ku naszemu przerażeniu widzimy, że zjeżdżamy z autostrady i kierujemy się do centrum miasta. Zostajemy wysadzeni w środku nocy na zamkniętej stacji benzynowej przy drodze, na której nic nie jeździ o tej porze. Pada deszcz, jest cholernie zimno, a my potwornie zmęczeni. Cóż za beznadziejna perspektywa. Troje z nas śpi na karimacie rozłożonej na zimnym, twardym betonie, czwarte pilnuje czy nic nie jedzie. Frustrację powoduje sama myśl - a gdybyśmy wysiedli na tym Shellu, a gdybyśmy zostali w Neuchatel, a gdybyśmy nie jechali przez Szwajcarię... Jest jeszcze ciemno gdy w końcu przestaje padać i przenosimy się z tego przeklętego miejsca.

Niestety nic lepszego na nas nie czeka. Jesteśmy zmuszeni stać przed wjazdem na autostradę, przed bardzo wdzięcznym znakiem, oznajmiającym, że w tym miejscu autostop jest zakazany (w czterech językach). W dodatku przyczepia się do nas pijany kolega, który po jakimś czasie zaczyna nas irytować. Nie rozumie, że utrudnia nam pracę, bo kierowca z drogi widzi pięć osób, nie cztery. Jesteśmy trochę zestresowani, wypatrujemy radiowozu, żeby w razie czego dać nogę lub udawać, że robimy coś zupełnie innego. Szczęśliwie ktoś się wreszcie zatrzymuje i mamy podwózkę do następnej stacji. Z nadzieją myślimy, że już odrobiliśmy naszą lekcję pokory i za chwilę stąd się zabierzemy. Jednak również tutaj nie mamy szczęścia. Czekamy kilka godzin zanim wreszcie znajduje się ktoś kto podwozi nas do Genewy. Wysiadamy środku miasta i gdy chcemy dojść do wylotówki musimy iść przez 1,5 godziny. Zmęczeni, źli i zziębnięci. Porażka. Kompletna beznadzieja. O tej porze dawno byśmy wyjechali już z tego Neuchatel...


Ewie przychodzi nagle rozwiązanie zagadki - jakim cudem w Hautreville nie znaleźliśmy wspólnoty Chemin Neuf? Jej koleżanki jechały przecież właśnie tam na rekolekcje, miały lot do Genewy i dzisiaj miały już tam dotrzeć. Jak to możliwe, że nie znają adresu? W pewnym momencie przychodzi olśnienie. Szukaliśmy w niewłaściwym kraju! Zaszła pomyłka, Ewa słysząc, ze dziewczyny mają lot do szwajcarskiego miasta od razu skojarzyła, że nasz cel musi znajdować się właśnie w tym kraju. W rzeczywistości znajduje się on we Francji, niedaleko granicy. Skąd więc wziął się fałszywy adres? Należy on do osoby kontaktowej w tym państwie. Dziewczyny dostając smsa z zapytaniem o wspólnotę w Szwajcarii, wpisały odpowiednią frazę w google i to co wyszukała im przeglądarka, przekazały nam. Trafiliśmy zatem pod dom prywatnych osób związanych z Chemin Neuf, które... najprawdopodobniej wyjechały na to spotkanie do Francji. Dlatego nikogo nie zastaliśmy na miejscu!

Francja

Nie marzymy o niczym innym, chcemy po prostu opuścić granice tego państwa. W końcu się udaje. Lądujemy na francuskiej stacji benzynowej. Tu znowu czeka nas długi postój. Postanawiamy sobie, że nie będziemy się już spinać - im bardziej się śpieszymy, koncentrując się na naszym planie, tym mniej nam to wychodzi, i tym gorsza atmosfera wytwarza się między nami. Mimo dużego ruchu, nikt nie jedzie na południe Francji. Robi się coraz później, więc kiedy zatrzymuje się samochód (następny Kamper!), z parą Włochów w środku, pomimo tego, że nie jadą w nasz region Francji zabieramy się razem z nimi. Plany trochę się zmieniają. I tak zamiast na południe trafiamy w sam środek Burgundii, do Cluny. A przecież zaraz obok, jest Taize - maleńka miejscowość, w której siedzibę ma międzynarodowa wspólnota ekumeniczna o tej samej nazwie. Zabawne, bo właśnie tam miałam początkowo jechać z Tomkiem, zanim wymyślił inny cel w Hiszpanii. Mój kompan po chwili namysłu rezygnuje z ze swoich dawnych planów, a Ewa i Aneta mają nadzieję, że z Taize mogą się łatwo zabrać z kimś na południe Francji. Dojeżdżamy jednak bardzo późno - z powodu ulewy zamknięto autostradę - w związku z tym wszyscy, którzy mieli stąd wyjechać - wyjechali. Dziewczyny mają zatem wyruszyć w drogę następnego dnia, a my z Tomkiem zostaniemy tu jeszcze kilka dni, po czym dołączymy do reszty już na południu.

Mimo przeogromnych tłumów i braku mojej religijności, dobrze wspominam pobyt w tym miejscu, z resztą w bardzo pięknej okolicy. Nigdy nie sądziłam, że modlitwa może być tak przyjemna i dostarczyć tylu pozytywnych wrażeń estetycznych. Całości dopełnił kulturowy misz-masz, można było poznać mnóstwo ludzi z innych krajów. Ja między innymi uczyłam kilku prostych zdań po Portugalsku (niestety zapamiętałam tylko "tu és muito bonito", czyli "jesteś bardzo piękny", doprawdy bardzo przydatne :D) oraz czytać po szwedzku. 

Po jakimś czasie dostajemy smsa od dziewczyn - w ciągu jednego dnia szczęśliwie dotarły do St Pierre, spotykając po drodzę uroczą mamę z dwójką dzieci, która zabrała je na obiad, oraz autostopowicza - pół-Aborygena, który od 6 lat podróżuje autostopem dookoła świata, utrzymując się z rodzinnego biznesu - jego tata, rodzimy mieszkaniec Australii poluje na kangury, a on koordynuje cały biznes przez Internet.  

 


Wkrótce potem  musimy ruszać dalej, trochę żal opuszczać jest łóżko i cztery posiłki dziennie. Zmierzamy na północ, nad Morze Śródziemne. Już pierwszy stop dostarcza nam niespodzianki. Jest nim brat Jean-Jacques, który jak się okazuje zna jedną z polskich sióstr baranka (akurat jedyną, jaką również znał Tomasz) i nie widzieli się od 15 lat, co więcej rzadko bywa on w Europie, gdyż na co dzień mieszka on poza granicami tego kontynentu. Powoli krajobraz i klimat się zmienia - domki z czerwonej cegły zamieniają się w małe, jasne śródziemnomorskie domostwa z płaskimi dachami, robi się również coraz goręcej, gdzieniegdzie widać palmy. Gdy dojeżdżamy nad morze, jest już ciemno. Próbuję dogadać się z barmanem pobliskiej restauracji, czy napełni mi butelkę wodą do picia. On jednak nie rozumie mojego misternie złożonego zdania przy pomocy słownika i kończy się, że wykrzykuję "L'eau! L'eau!" wskazując na pustą butlę palcem. Kąpiemy się po ciemku w morzu i szukamy miejsca na namiot. Wybieramy lokalizację daleko od plaży, gdzieś na ubitej ziemi, nie widzimy co jest dookoła oprócz przyczep kempingowych. Rano budzi nas potworny upał. Jest gorąco jak w piekle (to za książkę!), dookoła nas surowy, prawie pustynny krajobraz - złoty piach, w oddali góry, zewsząd wyschnięte roślinki. Po raz kolejny udowadniam jak bardzo żałosny jest mój francuski, chcąc kupić serek topiony nabywam przez przypadek masło, które roztapia się i przy otwarciu wylewa mi się na spodnie. Cały dzień grzejemy się i chłodzimy w morzu. Po południu plaże pełne są ludzi, niektórzy są tu chyba od dawna bo nie można poznać jakiej są karnacji. Rano opuszczamy to miejsce, po całym dniu spędzonym tutaj, jesteśmy oboje czerwoni od słońca. Czas dołączyć do dziewczyn. 

Dystans nie jest długi, więc w krótkim czasie wjeżdżamy na drogę do Mirepoix. Za chwilę zatrzymuje się wóz, jak się okazuje siedzi w nim dwóch żołnieży z Legii Cudzoziemskiej. Mówią, że akurat mają dzisiaj dzień wolny i jadą właśnie do małego kraju zwanym Andorą. Proponują, że możemy jechać z nimi, za kilka godzin będą wracać i podrzucą nas w to samo miejsce. Nie mam pojęcia dlaczego, może słońce zbyt mocno przygrzało mnie w głowę, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie leży Andora. Jest to o tyle zabawne, że jeszcze w czasie podróży z Ewą, stwierdziłam, że muszę odwiedzić to miejsce, że nasza trasa musi przebiegać właśnie tamtędy. Coś mi mówi ta nazwa... Tylko co...? Olśniewa mnie dopiero poza samochodem, tuż po zamknięciu drzwi. Andora! No tak! To przecież ta mała kropka między Francją, a Hiszpanią. A niech to, taka wspaniała okazja, a ja ją przegapiłam.

Po niedługim czasie siedzimy już razem z siostrami, jemy obiad, witając i poznając się ze wszystkimi. Okolica jest piękna, wszędzie jest zielono, dookoła rośnie las, miejsce to otoczone jest polami słoneczników. Ewa jest wniebowzięta, mówi, że czuje się tu jak w domu. Spędzamy tutaj 3 dni po czym ruszamy dalej. Mamy szczęście, pierwszy samochód udaje się złapać prawie nie czekając, prosto do Tuluzy. Samochód prowadzi starsza, bardzo sympatyczna kobieta. Dowiadujemy się kilku ciekawostek o miejscu do którego jedziemy, między innymi, że miasto posiada prawie umarły dialekt, którym posługiwanie się w przeszłości było surowo zakazane. Postanawiamy zostać na kilka godzin i pozwiedzać. 

 Ruszając dalej hańbimy naszą wyprawę, rezygnując z autostopu i wsiadając w autobus za jedyne 2 euro, który ma nas zawieźć do pewnej małej wioski, gdzie u francuskiej rodziny pracuje koleżanka Ewy, Paulina. Gdy docieramy okazałość domu nas onieśmiela. Dopiero co wyszłyśmy z buszu, a teraz mamy nocować w ogromnej willi! W willi? W pałacu! Jeżeli ktoś z was oglądał film "Dobry Rok" Ridleya Scotta może sobie łatwo wyobrazić co zastałyśmy. Śmieję się, że warunki u sióstr po kilku dniach spędzonych w namiocie były dla mnie komfortem - proste prycze i dostęp do wody, którą myło się przy użyciu wiaderka, a teraz mamy własną łazienkę przy pokoju. Rodzina, która nas gości jest niezwykle serdeczna, wkrótce nasze onieśmielenie znika i wspólnie śmiejemy się i rozmawiamy podczas kolacji. Następnego dnia wszyscy żałujemy, że czas nas nagli i nie możemy zostać trochę dłużej.

 Naszym następnym celem, ku mojej ogromnej rozpaczy, jest Lourdes. Już na początku robi się ciekawie. Nasz pierwszy kierowca, młody chłopak, mówi coś z zapałem po francusku, chyba o tym, że wszystko jest iluzją, a my żyjemy w czymś na kształt matrixa. Nasza znajomość tego języka nie pozwala na zrozumienie tego filozoficznego wywodu, ale naszemu prowadzącemu widocznie to nie przeszkadza, który pomimo tego żarliwie wykłada nam swoje przemyślenia. Na koniec brawurowo hamuje z piskiem opon. Łapiemy jeszcze kilka aut, w między czasie próbujemy między innymi jakichś dziwnych przekąsek - kawałki ryby albo mięsa, oliwki lub twaróg obtoczone w słodkim cieście.awia nam humor, nie bez przyczyny sklep nosi nazwę Leader Price, bo ceny są naprawdę przystępne. Stwierdzamy, że tanioszka jest świętym darem, a lepsza od niej jest tylko darmoszka. Tak pokrzepione zbieramy się do dalszego łapania, wyciągamy kciuki iiiiii... zatrzymuje się... KABRIOLET!!! Aż piszczymy z radości, nie dowierzając własnym oczom (to musiało bardzo głupio wygladać z perspektywy kierowcy). Przez osiem lat Ewa czekała na coś takiego i wreszcie jej marzenie się spełniło. Widocznie dwa pieczyńskie kciuki łapią ze zdwojoną siłę. Jazda w samochodzie bez dachu przez Francję to chyba to za co kochamy autostop :). Rozkoszujemy się tą chwilą, pęd powietrza rozwiewa nam włosy (w moim przypadku jedynie grzywkę:( ), podziwiamy malownicze krajobrazy.

 

Podczas dalszej drogi dowiadujemy się, że dzisiaj jest jakieś święto Romów i wszyscy oni zmierzają do Lourdes. W mojej głowie już tworzy się obraz monstrualnego tłumu. Moje oczekiwania nie zostają zawiedzione, zastajemy dokładnie to czego się spodziewałam. Podobnie jak wszystkie inne miejsca tego typu, w Lourdes aż roi się od sklepów z dewocjonaliami, i ich sprzedawców, którzy tylko myślą jak by wcisnąć towar niewinnym turystom. Zręcznie omijamy stragany z buteleczkami z wodą ze "świętego źródełka" oraz tandetnymi Maryjami z odkręcaną głową, dochodząc na plac przed sanktuarium. Wokoło rozbrzmiewają modlitwy w różnych językach, wszędzie jest mnóstwo ludzi, z zapalonymi świeczkami, które podnoszą co jakiś czas w odpowiednim momencie śpiewu. Jestem zmęczona, nie odpowiada mi atmosfera tego miejsca, marzę żeby pójść spać, albo lepiej iść stąd, gdziekolwiek. Nie mamy jednak żadnego noclegu, tutejsza przestrzeń nie wygląda na przyjazną rozbijania namiotu. Zdajemy się na przeznaczenie. I faktycznie, miejsce do spania się znajduje. Siedzę w tłumie ludzi na plecaku, modlitwa się już kończy, Ewa próbuje złapać i zagadać polskiego księdza. Wierni zaczynają się rozchodzić, mijają mnie, siedzącą niewzruszoną w bezruchu, zbyt zmęczoną i zirytowaną by zmienić miejsce. Nagle przed moimi oczami pojawia się uśmiechnięta starsza pani, zakonnica, słyszę "Tu es fatigué?" rzucone w moją stronę. Uśmiecham się i kiwając głową odpowiadam "Oui". Nawiązuje się między nami rozmowa, mówię, że jestem tutaj z siostrą, że jesteśmy z Polski, staruszka odpłaca się opowieścią o swojej podróży do mojego kraju i historiami o komunizmie. Tłumaczę, że nie mamy żadnego noclegu. Ona chyba nie widzi w tym żadnego problemu, (w międzyczasie pojawia się Ewa) i prowadzi nas do jakiegoś młodego człowieka, któremu przedstawia sytuację. Hurra, mamy już gdzie spać! Co prawda musimy zapłacić niedużą sumkę za pole namiotowe, ale jest prysznic, toaleta i internet.


Wyjeżdżamy późno. Łapiemy samochód, który prowadzi kobieta w średnim wieku. Jak się później okazuje Patricia nie jedzie wcale w naszą stronę, ale chce nas podwieźć do samych bramek na autostradzie. Ewa znajduje z nią wspólny temat i od słowa do słowa... okazuje się, że mają wspólnych znajomych (znów takich, których nie widziano od kilkunastu lat, i znowu m.in. ze Wspólnoty Baranka - ich chyba znają wszędzie ;) )! Cała nasza trójka zszokowana jest tym odkryciem. Nagle Patricia stwierdza - "Skoro jedziecie do Hiszpanii, to pewnie będziecie przejeżdżać przez Bayonne. Akurat stamtąd jestem, nie wybieram się tam w tej chwili, ale mam znajomego... Zadzwonię do niego czy możecie u niego spać.". I tak żegnając się, już prawie mamy następny nocleg. Dostajemy na pożegnanie pyszne ciasto, bagietkę i ser. Jesteśmy szczęśliwe i zaskoczone. Aż żal się żegnać. Droga jednak podąża naprzód, a my dalej razem z nią.

Do Bayonne dojeżdżamy bez przeszkód, między innymi z parą Francuzów z rozkosznym synkiem (4/5 lat) o imieniu Iran, który jest wielkim fanem amerykańskiego hard rocka i co jakiś czas krzyczy by pogłośnić muzykę. I tak trafiamy do mieszkania księdza, znajomego Patricii, i zarazem właściciela najwygodniejszego łóżka w jakim kiedykolwiek miałyśmy okazję spać. Zostajemy ugoszczone bardzo serdecznie. Mimo naszego lichego francuskiego próbujemy rozmawiać z gospodarzem, co przy pomocy słówek z innych języków oraz obfitej gestykulacji nawet się udaje.


Następnego dnia wyruszamy wcześnie rano (za to miasto opuszczamy bardzo późno, bo nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie wizyty w supermarkecie). Zbliżamy się coraz bardziej do krańca Francji. W pewnym momencie tracimy nadzieję, gdy zmuszone jesteśmy stać na ruchliwym rondzie, niezwykle beznadziejnym miejscu, gdzie nie ma nawet za bardzo jak się zatrzymać. Komuś jednak ta trudna sztuka się udaje. Zabieramy się ze starszym Baskiem, który, jak nam się wydaje cofa się specjalnie by nas zabrać. Tak więc do granicy jedziemy słuchając tradycyjnej baskijskiej muzyki puszczanej z kasety magnetofonowej. Uczymy się mówić "dziękuję" i "do widzenia" w jego narodowym języku i tak też żegnamy się z naszym kierowcą :).

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
autostopka
Czas publikacji:
sobota, 03 listopada 2012 15:10

Polecane wpisy

Trackback