Dziennik autostopowiczki

Wpis

piątek, 02 listopada 2012

podbój Europy Zachodniej przez dwie siostry P. - cz.1

by Zuzanna

Pierwsze minuty podróży nie zwiastują niczego dobrego. Jesteśmy spóźnione, wstałyśmy zbyt późno, a Ewa ma umówione spotkanie w stolicy. W Warszawie mamy być na godzinę 12, mamy więc 5 godzin żeby tam dotrzeć. Będzie ciężko, ale nie tracimy nadziei, doświadczenie Ewy nie raz wykazywało, że jest to możliwe. Ostatnie uściski z rodzicami, ostatnie spojrzenie na bałagan, który zostawiamy (mamo, przepraszamy!) i ruszamy na wylotówkę. Już na początku czeka nas niespodzianka, na przystanku spotykamy znajomych Ewy, którzy również jadą do Francji na stopa. Uczucie, że jednak jesteśmy we właściwym miejscu o właściwej porze, pierwszy raz podczas tej wyprawy. Wydostajemy się z autobusu, stajemy w dogodnym miejscu i wyciągamy kciuki. To przecież takie proste :). Już wkrótce będziemy daleko od domu. Tak się zaczyna nasza podróż - od tego małego gestu, który będzie nam towarzyszył przez resztę drogi. Za chwilę zatrzymuje się pierwszy samochód. Nie wiedząc co nas czeka podczas następnych czterech tygodni, wsiadamy do busa pełnego wesołych panów robotników. Francjo, Hiszpanio, Portugalio - przybywamy!

Pierwszy stop z panami robotnikami :) 

Polska, Niemcy

Kilka godzin później jesteśmy już w Warszawie (do której dojechałyśmy wraz z handlarzem dzieł sztuki i ropy naftowej). Fakt, faktem spóźnione, ale na szczęście zostaje to całkowicie zrozumiane. Zaraz potem spotykamy się z resztą ekipy - Anetą i Tomkiem. Naszym pierwszym celem jest mała wioska pod Tuluzą, Saint Pierre, gdzie dziewczyny wybierają się na rekolekcje organizowane przez Wspólnotę Baranka, następnie ja z Tomaszem jedziemy do Hiszpanii i po tygodniu znów dołączamy się do kompanek. Czeka nas nie lada wyzwanie, będziemy podróżować w czwórkę. To nawet dla Ewki pierwsze tego typu doświadczenie. Wkrótce jednak przekonujemy się, że jest to dziecinnie proste, gdy jeszcze tego dnia, w okolicy Łodzi, łapiemy stopa do Zgorzelca. Następny dzień również jest bardzo owocny - przejeżdżamy prawie całe Niemcy. 

Piknik na placu do wyprowadzania psów

Pod granicę jedziemy z wesołym Rumunem, słuchając muzyki z jego kraju. Spontanicznie skręca z autostrady aby pokazać nam Europapark – miejsce z replikami znanych europejskich zabytków. Nawet z zewnątrz prezentuje się okazale.

Z naszym rumuńskim kierowcą w (zamkniętym) Europa Park Europa Park

Nocujemy przy rozległym polu kukurydzy, zaraz niedaleko stacji benzynowej. Rano ze zdziwieniem stwierdzamy, ze mamy konkurencję. Nasz oponent jest jednak bardzo nieudolnym autostopowiczem - siedzi przy wyjeździe, z tabliczką miejscowości opartą o nogi, czytając gazetę. To się nazywa bierne łapanie... Wkrótce jednak problem znika, bo kolega oddala się w nieznanym kierunku, zostawiając przy drodze swój plecak. Podróż idzie nam do tej pory tak gładko, że decydujemy się na trasę przez Szwajcarię (później przeklinamy tą decyzję, ale o tym oczywiście dalej). Ewa przypomina sobie, że jej koleżanki lecą do Genewy bo gdzieś w okolicy odbywają się rekolekcje, organizowane przez wspólnotę Chemin Neuf. Wysyła więc smsa z zapytaniem gdzie w Szwajcarii znajduje się rzeczona wspólnota i dostaje odpowiedź z namiarami na małe miasteczko Neuchatel. Cudownie! Miejscowość akurat leży na naszej trasie, wszyscy więc przystajemy na pomysł noclegu w tym miejscu. Chwilę potem zatrzymuje się samochód typu Kamper. Chyba po raz pierwszy od czasu wyjazdu mimo naszej czteroosobowej ekipy w pojeździe jest mnóstwo miejsca (do tej pory komfortem było gdy wszystkie plecaki mieściły się w bagażniku ;)). 

Bierny autostopowicz



Szwajcaria

Po niedługim czasie przekraczamy granicę. Pełni entuzjazmu dziękujemy naszym kierowcom i zabieramy się do dalszego łapania. Kilka godzin później stoimy dokładnie w tym samym miejscu, zmęczeni dokuczliwym skwarem i nieco sfrustrowani. Postanawiamy się rozdzielić, pierwszy raz od czasu wyjazdu ze stolicy. Znajdujemy z Tomkiem nieco cienia i czekamy aż dziewczynom uda się coś złapać. Udaje się... ale w kompletnie innym kierunku. Desperacja jednak nakazuje wydostać się stąd za wszelką cenę. Żegnamy się więc, mając nadzieję, że obie grupy dojadą w umówione miejsce.




Okazuje się, że my mamy więcej szczęścia, niedługo potem zatrzymuje się samochód dla nas. Jestem nieco zestresowana, bo prawdopodobnie będę musiała wydusić coś z siebie po francusku, którego, wstyd się przyznać, uczę się od dwóch lat, ale mój poziom jest żenująco niski :D. Jeszcze bardziej panikuję, gdy okazuje się, że nasza Pani prowadząca pojazd nie mówi po angielsku. Czeka nas za to niespodzianka... zamiast angielskiego, Pani włada... językiem polskim! Opowiada nam jak to w wieku kilkunastu lat wyjechała z matką do Francji i tam postanawia już zostać. Kładę mapę wraz z tabliczką na tylnym siedzeniu zaraz obok mnie. Niedaleko mojej łydki, przy skrzyni biegów leży torebka kierowcy. Jestem trochę zasmucona gdy odwraca się ona i mierząc mnie podejrzliwym, niespokojnym wzrokiem, zabiera torbę z potencjalnego zasięgu moich rąk. Cóż... widocznie mam parszywą gębę bezczelnego złodziejaszka. Jesteśmy uradowani słysząc, że Pani jedzie przez naszą wioskę. Co za niesamowite szczęście! Po drodze podziwiamy cudowne krajobrazy, słyszymy historię jak to Pani zabrała w przeszłości na stopa dziewczynę z Polski i od tej pory przyjeżdża ona co roku na wakacje, już od kilkunastu lat. Dojeżdżamy na miejsce, czas wysiadać. Zagarniam więc ręką nasze rzeczy - mapę, tabliczkę i książkę Tomasza, którą musiałam wziąć razem z bagażami gdy wsiadaliśmy. Dziękujemy i żegnamy się, następnie rozkładamy rzeczy na murku, szykując się do posiłku. 

- Nie dziwię się, że twój plecak jest taki ciężki... Ile wzięłaś ze sobą książek? - pyta Tomasz wskazując na murek. 

Zdziwiona patrzę w tamtą stronę i zauważam czytadło, które wzięłam razem z naszymi pozostałymi rzeczami na siedzeniu.

- Jak to? To ona nie jest twoja...? - odpowiadam skonfundowana.

Nie, na pewno nie należy ona do mojego kompana. Lektura spisu ulic w Strasburgu, w dodatku po francusku, nie wydaje się pasjonująca, szczególnie dla człowieka, który kompletnie nie zna tego języka. Szukamy jakiegoś nazwiska, podpisu, adresu, czegoś, co mogłoby nam pomóc w zwróceniu jej do właścicielki. Zmieszana przypominam sobie sytuację z torebką - ech, jednak to prawda, nie dość, że wyglądam jak rabuś to jeszcze nim jestem. Dokonałam paskudnej kradzieży. Będę smażyć się w piekle.



Przed nami jednak następny etap. Musimy znaleźć właściwą ulicę, a nie wiemy dokładnie gdzie się znajdujemy. Ruszamy zatem dalej, kierując się drogą w głąb miasta. Pytamy się miejscowych o drogę. Oni jednak kręcą głowami, wpisują adres w GPS'a w telefonach, który o dziwo, nic nie wyszukuje. Zastanawiamy się co jest nie tak, z braku pomysłu kierujemy się cały czas w górę uliczki. Za nami rozciąga się pas błękitu, ogromne jezioro (nazywając się podobnie jak nazwa miejscowości, jest największe w całej Szwajcarii, jego powierzchnia przewyższa polskie Śniardwy prawie dwukrotnie), wokół nas stoją małe kamienne domki z kolorowymi okiennicami i dachami z czerwonej dachówki, otoczone sporą ilością zieleni. Jest pięknie, mimo, że nie wiemy gdzie idziemy, jest gorąco, a nasze plecaki niemiłosiernie ciężkie (przynajmniej mój, bo Tomek jako facet miał więcej oleju w głowie, a potrzeb proporcjonalnie odwrotnie i spakował 10x mniej). Pocieszamy się, że na górze prawdopodobnie znajdziemy nasze docelowe miejsce i czeka nas tam odpoczynek. Mija trochę czasu zanim znajdujemy mapę okolicy i rozwiązuje się pierwsza zagadka - w nazwie ulicy jest literówka, dlatego było niemożliwe jej wyszukanie w telefonie. Intuicja jednak nas nie zawiodła, mamy kierować się cały czas w górę. Zmotywowani pokonujemy ostatni odcinek i na samej mecie ogarnia nas zdziwienie. "Jak to nie ma tutaj wspólnoty Chemin Neuf?!" pytamy się tubylców, którzy ze zdziwieniem odpowiadają, że pierwsze słyszą tą nazwę, a w tym miejscu mieszkają tylko oni. Jak to możliwe? Przecież adres zgadza się w stu procentach. Mamy nie lada zagwostkę. Zmieszani i kompletnie zbici z tropu odpoczywamy chwilę i ruszamy w stronę jakiegoś kościoła, który był zaznaczony na mapie. Na miejscu okazuje się, że tutaj również nie wiedzą o istnieniu żadnej wspólnoty. Poznajemy sympatycznego księdza, który zgadza się dać nam trochę wrzątku by przygotować ciepłą zupkę. Musimy jednak iść do głównego, dużego kościoła, który, jak mi się wydaje, leży na końcu tego miasta. Nie mamy szwajcarskich pieniędzy, żeby zapłacić za bilet na autobus, musimy zatem przebyć tą drogę na piechotę. Ruszamy. Trasa ciągnie się w nieskończoność, marzę tylko o tym by gdzieś przysiąść na chwilę, albo lepiej na całą wieczność. Tomasz za to, jako fan monstrualnie długich pielgrzymek brnie ochoczo naprzód. W międzyczasie dostajemy telefon od dziewczyn, z którymi nie można było się skontaktować bo miały rozładowane telefony. Okazuje się, że ich kierowca podwiózł je na samą górę i dowiedziały się tego samego co my - czyli, że nic tam nie ma (mieszkańcy musieli się naprawdę zdziwić, gdy następna grupa dziwnych ludzi zaczęła pytać się o to samo). Dziewczyny miały dużo szczęścia – po całym dniu oczekiwania na stopa, na ich trasie pojawiła się (jak to określiły) kobieta-anioł: Christine, która sama zaproponowała im, że zawiezie je do samego celu, jakieś 60 km, mimo, że jechała tylko 5.


Dochodzimy nareszcie, dostajemy wodę w termosie, który mamy odnieść do pobliskiej restauracji gdzie poszedł na obiad nasz ksiądz wraz ze swoimi genewskimi przyjaciółmi. Zaraz zaczynają nam świtać w głowie pomysły - skoro są z Genewy, może mogliby nas tam podrzucić? Konsumujemy, odpoczywamy (aaaaaaaaaachhh, moje biedne zmęczone nogi) i idziemy we wskazane miejsce. Oddajemy naczynie, dziękujemy i rozpoczynamy rozmowę. Pytamy się, czy nie moglibyśmy się zabrać do Genewy bo bardzo spieszymy się pod Tuluzę. Dostajemy odpowiedź, że niestety samochód jest pełen. Jeden z księży wydaje się jednak zaciekawiony.

- A po co pod Tuluzę? - pyta się

- Na rekolekcje.

- A na jakie?

- Do Wspólnoty Baranka. - w tym momencie zauważamy uśmiechy i wymianę spojrzeń dwóch księży. - Znacie ich?

W tym momencie jesteśmy świadkami pierwszego zbiegu okoliczności (jakiego zbiegu okoliczności? przecież one nie istnieją...) związanego z tą małą wspólnotą. Okazuje się, pierwszy był sąsiadem sióstr w Austrii, drugi natomiast jest kuzynem jednej z nich. 

Dostajemy propozycję, że możemy spać u księdza, która jest pierwszą ofertą noclegu tego wieczoru. Odmawiamy, bo chcemy nadrobić trochę straconego tutaj czasu i jechać przez noc. Żegnamy się i dziękujemy, dostajemy nawet po kubku kawy na drogę od pracującej tu pani. Idziemy nad jezioro, przebieramy się i wchodzimy do wody, rozkoszując się orzeźwiającą kąpielą. Zbierając się do odejścia, spotykamy autostopowiczów z Niemiec (?), którzy proponują żebyśmy rozbili się z nimi na plaży (druga propozycja). Oczywiście grzecznie odmawiamy, tłumacząc, że tej nocy spać nie będziemy. Szybko łapiemy stopa, kieruje młoda dziewczyna, z którą podróż nie trwa długo, a mimo to rzuca pomysłem, że możemy spać u niej (trzy). Jeżeli zdecydujemy się do północy mamy do niej zadzwonić, a ona po nas przyjedzie. Mimo, że coś usilnie próbuje nas zatrzymać na miejscu, bezmyślnie ignorujemy wszystkie znaki. Po 20 minutach zatrzymuje się sympatyczny Kurd z Syrii i proponuje podwózkę do Lozanny – to połowa drogi do Genewy – jedziemy!

Jak myślicie, czy tej nocy uda nam się dojechać do Francji?

Odpowiedź w następnym odcinku - już jutro!

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
autostopka
Czas publikacji:
piątek, 02 listopada 2012 17:00

Polecane wpisy

Trackback