Dziennik autostopowiczki

Wpis

piątek, 06 lipca 2012

Nasza wyprawa oczami Judyty cz.2 - Bułgaria, Turcja, Grecja

text by Judyta Warzecha

LOU

Stoimy z Tomaszem na obrzeżach Varny. W dobrych nastrojach, bo właśnie wysiedliśmy z ciężarówki, która wiozła nas od granicy rumuńskiej, z bardzo wesołym kierowcą. Miejsce nie bardzo idealne do łapania stopa, w dodatku jest jakieś 30 stopni, ale w gruncie rzeczy jesteśmy już blisko naszego punktu docelowego - Burgas, wiec nie zależy nam na czasie. Nagle zatrzymuje się auto i kierowca mówi po angielsku, że chętnie nas weźmie, bo tez jedzie do Burgas, ale musimy dołożyć się 7 euro do benzyny. Momentalnie wyczuwam, ze mamy do czynienia z frankofonem  i pytam "Tu es francais?". Jego odpowiedz jest jeszcze bardziej zaskakująca "Taaak, wy tez?". W tym momencie czuję, ze nawet jeśli zaproponuje cenę 50 euro, to i tak musimy z nim jechać. Niestety, Tomasz jest trochę odmiennego zdania, bo według jego założeń podróżniczych (podróżnik autostopowicz=skąpiec) nie powinniśmy płacić za transport. Ale oczywiście ulega mi i wsiada do auta. Okazuje się ,że Lou jest Francuzem mieszkającym w Brukseli i wybrał się na dwutygodniową wyprawę do Bułgarii i Serbii. Po raz pierwszy nie jedzie stopem, bo ogranicza go czas, więc zdecydował się wypożyczyć auto. Dlatego też zapoczątkował proceder składania się na benzynę, by choć trochę zredukować koszty podróży.
Co ciekawe, Lou w drodze do Burgas chce się zatrzymać w dwóch turystycznych miejscach, które zaznaczono jako "wyjątkowe" w jego francuskim "Let"s and go", na co my chętnie przystajemy, by zaznać czegoś innego niż spanie w namiocie pod kościołem, czy kapanie się w rzece. Co jak co, ale nie można się zamykać tylko w ramach "alternatywnej" turystyki, trzeba poznać także prądy "populistycznego" zwiedzania. Top miejsce o nazwie XXX okazuje się typowym nadmorskim kurortem, czego pierwszym zwiastunem jest wielki półgodzinny korek prowadzący do centrum. Gdy przez następne 15 minut szukamy wolnego miejsca na parkingu, zaczynam żałować, że nie jedziemy typowym "stopem", ale już z zaprzyjaźnionym kierowca i musimy mu cały czas towarzyszyć. XXX jest możne pięknym miejscem, ale tak zatłoczonym i zawalonym wszelkiego rodzaju straganami z pamiątkami, ze trudno odnaleźć prawdziwą atmosferę unikalnej nadmorskiej wioski. Nagle zaczynamy z Tomaszem zastanawiać się, do jakiej kategorii turystów zaliczyłby nas MCCannell - podróżujemy przecież autostopem, śpimy w Hospitality Club, ale zwiedzamy typowo turystyczne miejsca, takie jak XXX, czy zamek w Resnov. Czy jesteśmy wiec na scenie, czy częściowo za kurtyną?  Postanawiam wtajemniczyć Lou do tej tajemniczej socjologicznej koncepcji. Co dziwne, naprawdę zaczyna go to interesować i od tej pory, co chwilę dorzuca swoje wnioski do naszej debaty.
Po 40 minutach opuszczamy XXX z zamiarem znalezienia plaży i wykąpania się. Najpierw robimy trzy rundki naokoło ronda, bo nikt z nas nie zna cyrylicy i ciężko nam przeczytać nazwę "Burgas" po bułgarsku. Na drodze wyjazdowej okazuje się, że połowa kurortu postanowiła wrócić do domu i stoimy w mega korku. Ale co to dla naszego francuskiego kierowcy - z brawurą jedzie po żwirowym poboczu, bez jakiejkolwiek krępacji, nie reagując na pojedyncze klaksony. W końcu to tylko wypożyczony samochód...  Dzięki temu zaoszczędzamy z 30 minut. Niestety, z chwilą gdy zajeżdżamy na plaże rozpoczynam się potężna burza. Więc zapuszczamy CD z polskimi hitami i jedziemy do Burgas.
Lou okazuje się wspaniałym towarzyszem podróży, więc dajemy mu dość nieoczekiwaną propozycję. W Burgas mieliśmy "zamówiony" nocleg na 4 osoby, ale w rezultacie jest nas tylko dwoje, więc bez problemu możemy go wziąć ze sobą. Na całe szczęście nie robi on zawstydzonej miny typu "Ale nie, ja nie mogę... To zbyt krępujące, nie znamy się przecież...", ale od razu się zgadza i dziękuje nam za tak wspaniałą ofertę. Strasznie mi się podoba taki obrót sytuacji, bo w ten sposób nie opuszczamy naszego kierowcy, tak jak się dzieje podczas zwykłego łapania stopa, ale mogę go poznać jeszcze bliżej.



Istambuł

Pierwszym szokiem okazuje się wjazd do Istambułu. Okazuje się, że miasto oplata 100 kilometrowa obwodnica, gdzie wszyscy jeżdżą co najmniej 100 km na godzinę, a nasz białoruski kierowca nie ma pojęcia, gdzie i kiedy zjechać. Przez okno samochodu widzę miliony domów położonych na pagórkach. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że Istambuł liczy 15 milionów mieszkańców! Gdy wreszcie dojeżdżamy do centrum, od razu uderza w nas fala ludzi - upał, wielki hałas i  przeraźliwy tłum. Mi się podoba, uwielbiam metropolie. Za to Tomasz powtarza swoją ulubioną sentencję - "Miasto jak miasto. To nie robi dla mnie większej różnicy." Teraz największym dla nas wyzwaniem jest odszukać stację metra bądź busu i dojechać do naszego hosta. Z początku idzie nam ciężko, krążymy wokół placu XXX. Jednakże znajdujemy chłopaka, który mówi po angielsku i wszystko nam tłumaczy. Wybieramy opcję dłuższą, ale ciekawszą dla turysty niż metro  - autobus. Moje kulturoznawcze oko od razu dostrzega ciekawą kulturowo-obyczajowo sytuację. Naprzeciw nas siedzi para, maja ok 17 lat. Chłopak wygląda jak typowy Europejczyk, ale dziewczyna niezupełnie - ma na głowie chustę, ubrana jest w spodnie i tunikę całkowicie zakrywającą ciało. Jednakże nie zachowuje się jak świątobliwa wyznawczyni islamu, za to siedzi swemu wybrańcowi na kolanach i wtula mu się w szyję. Może w ich postawach uosabia się struktura Istambułu, "miasta w rozkroku", z jednej strony europejskiej stolicy, z drugiej tradycyjnego tureckiego miasta.
Istambuł jest dla mnie pierwszym miastem, w którym nie sprawia mi większej różnicy podział na część turystyczną i "mieszkalną". Obie są diametralnie inne, ale też fascynujące. Mieszkamy w pobliżu dworca autobusowego na obrzeżach miasta, gdzie nie jest zbyt ładnie, ale za to żyjemy jak Turkowie, a nie turyści w hostelu. Z okna naszego mieszkania widać dopiero budujący się meczet, z którego kilka razy dziennie słychać modlitwy. Na wąskiej uliczce dzieci grają w piłkę, co chwilę przerywa im zabawę przejeżdżający samochód. Nie ma tu ekskluzywnych sklepów, są głownie stragany z owocami, sklepy z mlekiem i serami, jakieś tanie ubrania i buty. Niestety już od dwóch dni nie ma wody w całym mieszkaniu  (urok niebycia prawdziwym turystą), co jest troche męczace przy 35 stopniowym upale.... Ale myślę, ze można to przyjąć jako cóż w rodzaju survivalu dla wygodnickiego Europejczyka.

 

Z drugiej strony jest ten turystyczny Istambuł. Godzinna kolejka do Hagii Sophii, Wielki Bazar pełen turystów, pałac Topkapi... Ale urokiem tego miasta jest to, że przybywają tu turyści naprawdę "zdecydowani", nie ma tu 50 - osobowych wycieczek niemieckich emerytów, czy potężnych amerykańskich rodzinek. Przeważa raczej bardziej "wyzwolone" społeczeństwo - małżeństwa, grupy znajomych. Bo chyba trzeba być bardziej otwartym, żeby przyjechać do Stambułu, niż ufundować sobie tydzień w Paryżu. Tak sądzę.
Naszym głównym pożywieniem są arbuzy,dlatego zawsze ze sobą nosimy duze łyżki stołowe. Przekrajamy arbuza na pól, każdy dostaje swoją częśc i jemy go jak zupę. Dla mnie objawieniem jest turecka herbata, mocna i bardzo słodka. Nasz gospodarz ma specjalny imbryk do jej parzenia, dlatego korzystam, ile mogę. W gruncie rzeczy lubię turecką kuchnię. Tłustą i słodką baklavę, kebab (tańszy i o wiele lepszy niż w Polsce), płaski chleb, wszechobecne oliwki, kremowa pastę z bakłażana.

 

Grecja

Nasz pobyt w Grecji wyniknął z całkowitego przypadku. Po prostu zmieniliśmy plany i postanowiliśmy udać się na festiwal Rainbow do Serbii, rezygnując z festiwalu HC w delcie Dunaju w Rumunii. A ze Grecja była po drodze stopem do Serbii...
W drodze powrotnej z Istambułu jestem spokojniejsza o nasze dalsze losy, moje obawy, co do noclegu i ludzi nikną. Głupio przyznać, ale jadąc do Stambułu miałam w głowie pewne stereotypy dotyczące Turków i ich zachowań. Dlatego do końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Teraz, choć znam Grecję tylko z pocztówek (błękitne niebo, białe domy, bezchmurny horyzont) i  na dodatek mamy spać na plaży (nie mamy żadnego noclegu), to jednak się nie boję. Jak się okaże, to jednak "nieeuropejski kraj" - Turcja okaże się dla nas bardziej gościnny i otwarty niż będąca "kolebką kultury europejskiej" Grecja.
Docieramy do Makri tuż po zmroku. Dziewczyn jeszcze nie ma, ale sądzimy, ze dotrą w nocy i najwyżej zobaczymy się rano. Trochę ciężko idzie się z plecakami po tej kamienistej plaży, ale jest tak uroczo cicho, ten bezkresny horyzont i ta pełnia księżyca... Nie wytrzymuję i wskakuję do wody. Następuje małe zaskoczenie, bo w wodzie są spore skały i rozcinam sobie kolana.... Zdarza się.


Budzę się o siódmej rano i postanawiam przemierzyć okolicę. Po przejściu 500-et metrów zauważam jakichś śpiących ludzi. Oczywiście, to Ewka i Agnieszka! Budzę je, też się strasznie cieszą że jednak się spotkaliśmy. I oczywiście nie dają mi dojść do słowa, bo muszą opowiedzieć mi wszystkie swoje ekscytujące przygody z dnia wczorajszego.
Plaża w Makri jest piękna. Piasek, błękitna woda i słońce. Niestety, słońce okazuje się dość zabójcze. Nie mam pojęcia, jak ludzie wytrzymują 2 tygodnie leżąc codziennie na plaży, my mieliśmy w tym kłopot przez tylko dwa dni. Poranki i wieczory są najprzyjemniejsza częścią dnia. Ale od godziny 10 do 19 nie da się tam wytrzymać. Co chwilę wchodzę do wody, żeby się ochłodzić, ale woda jest tak słona, że po każdej kąpieli muszę iść pod restauracyjny prysznic, przez co cała ta akcja się straszliwie wydłuża.
Rozmawiam z Ewką i ona mówi,że jak chodziła do podstawówki, to największym szpanem w klasie było wyjechanie z rodzicami na wakacje do Grecji. Teraz mamy okazję zweryfikować to "marzenie dzieciństwa" i dochodzimy do wniosku, że to byłyby najnudniejsze wakacje naszego życia! Może to już zboczenie, ale po tych dwóch dniach mamy już dość tej sielskiej plaży i chcemy poczuć smak roztopionego asfaltu i ruszyć dalej...

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
autostopka
Czas publikacji:
piątek, 06 lipca 2012 11:11

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Lavena napisał(a) z *.dynamic.mm.pl komentarz datowany na 2012/08/28 20:36:46:

    Hej :)
    Znalazłam tego bloga przypadkiem i widzę, że także podróżujesz/podróżujecie autostopem :) Akurat wróciłam z wyprawy do Macedonii (z zahaczeniem o Grecję - dosłownie na chwilkę [3 dni] i muszę przyznać, że słońce mają tam zabójcze - tak, jak piszesz, co chwilę trzeba wchodzić do wody, w ciągu godziny człowiek się spala na węgiel i potem musi już tylko wypatrywać cienia i starać się z niego nie wychylać :P).

    Będę tu zaglądać,
    pozdrawiam autostopowo :)
    Lavena

  • Gość Mika napisał(a) z *.internetdsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2012/10/24 18:03:14:

    Cześć! Przeczytałam właśnie boga od początku. Od niedawna marzy mi się podróż autostopem. Zaczynałaś w moim obecnym wieku, mam wrażenie jednak, że miałaś łatwiej ze swoją rodziną. Ja bym bardzo chciała zacząć podróżować, jednak żeby pojechać gdzieś z normalną wycieczką muszę się długo męczyć o pozwolenie. A nawet jak mi się uda to od razu rodzinka mi wmawia, że niepotrzebnie wydałam itp. A ja mam wrażenie że oni mi zazdroszczą tych podróży... Pewnie sama wiesz jak to jest. Tu niby bezpieczeństwo, a tak na prawdę to chodzi o to żebyś siedziała w domu, bo jest Cie łatwiej upilnować.

    Sory że wylałam tu swoje żale. :D Jak chcesz to usuń. Podziwiam Twoje autostopowe podróże. :) Mam nadzieje że się kiedyś spotkamy na trasie! ;) Bo ja się nie dam w domu zatrzymać, zaraziłaś mnie swoimi opisami. :)

Dodaj komentarz