Blog o sposobie na życie jakim jest autostop. Wspomnienia z podróży, porady dla autostopowiczów, ciekawostki autostopowe...Dla tych co autostop znają i kochają i dla tych co się go jeszcze boją, bo go nie znają. *** Możesz być wszędzie gdzie sobie wymarzysz...Dzisiaj marzysz o Paryżu, pojutrze tam jesteś...a za tydzień chociażby w Afryce...nie ma żadnych ograniczeń...nie ma rzeczy niemożliwych - świat stoi przed Toba otworem...stoisz na autostradzie i czujesz totalną WOLNOŚĆ....nie wiesz gdzie dzisiaj będziesz spać, kogo spotkasz...poczuj smak przygody, daj się prowadzić losowi... Żeby zobaczyć kawał świata i przeżyć przygody życia wcale nie trzeba mnóstwa pieniedzy, planów i biur podróży - wystarczy trochę czasu, odwagi, spontaniczności i otwarcia się na świat...nie myśl za dużo, tylko pakuj się i na autostradę - rozpocznij magiczną podróż autostopem!
Blog > Komentarze do wpisu
Jak zwykle mam nieprzyzwoite szczescie :)

Pozdrawiam serdecznie z Wegier! Jestem na miejscu i czekam na reszte, wiec mam troche czasu by zrelacjonowac wczorajsza podroz... Od niepamietnych czasow wreszcie mam mozliwosc napisania troche dluzszej notki – coz za cudowne uczucie miec za duzo czasu i zadnych spraw w tym momencie na glowie. :)

Wbrew wczesniejszym planom niespodziewanie dojechalam tutaj sama i co najdziwniejsze jako pierwsza (chociaz wyruszlam dzien pozniej)


Ale zacznijmy od poczatku.... W czwartek zawiozlam czesc swoich manatkow z Poznania do Torunia (nie ma to jak autostopowe przeprowadzki :-) ), polatalam troche po torunskich dziekanatach, i wyprawilam Age i Tomka do Krakowa – oni juz w czwartek rozpoczeli nasza wiekla podroz, ja tymczasem musialam jeszcze wrocic do poznania, pozalatwiac jeszcze popoludniu pare spraw. Taki wiec szybki kursik w ta i spowrotem – rozgrzewka przed nastepnym dniem.

Plan byl taki ze wystartuje z Poznania o 4 rano, w tym czasie aga i tomek pozwiedzaja sobie jeszcze krakow i dolacze do nich gdzies na poludniu. Coz, zamiast o 4 rano wyruszlam o 8 , za nim sie przebilam przez caly Poznan byla 9...bezskutecnie probowalam lapac stopa na glogowskiej, mialam kiepska miejscowe do zatrzymania. Mialam niemilosiernie ciezki plecak (przeklinalam po co kupilam tyle prowiantu na droge) i dlatego nie usmiechalo mi sie pokonywac pieszo zadnych kilomentow. Udalo mi sie wiec poprosic pana wyjezdzajacego z jakiejs stacyjki benzynowej, aby podrzucil mnie do jakiegos lepszego miejsca. Tym sposobem okropnie cuchnacym rybami samochodem zajechalam... w jeszcze gorszy punkt – na wyjazd z mcdonalda i auchan, gdzie samochodow jak na lekarstwo a i tak wiekszosc leciala na autostrade swiecko-warszawa. Z deszczu pod rynne. :-( Ale za to pan byl bardzo mily i dal mi 2 banany na droge (hehe, kolejny prowiant do dzwigania), co przyjelam jako dobry znak na poczatek podrozy.

Tym sposobem pierwszy raz dane mi bylo poznac bol samotnego czekania...o ile w towarzystwie nawet 3 godziny moga zleciec przyjemnie, to samej - w dodatku z ciezkim plecakiem, w skwarze i w miejscu nie zwiastujacym duzych szans na szybkie jego opusczenie, kazda minuta dluzyla sie koszmarnie. Owszem, ostatnio sporo stopowalam sama, ale nigdy nie mialam okazji by czekac tak dlugo...przywyklam do troche innych standardow, troche mnie to rozpuscilo, ze raczej nigdy nie czekam dluzej niz 10 minut. No nic, pocieszam sie ze to tylko kiepskie dobrego poczatki - czekam po prostu na jakies specjalny start.

No i w koncu pojawia sie wvbawiciel – jade do Leszna. Po drodze zauwazam przed nami samochod z krakowskimi rejestracjami – jest wiec szansa na szybkie nadrobienie straconych godzin. Trzeba walczyc! Przedstawiam kierowcy moj pomysl na “upolowanie” auta, ktory podchwytuje z duzym entuzjazmem. Wyprzedzamy wiec Krakowiaka klaksoniac i pokazujac napis “ Krakow”. Ok, Krakow, ale co z tego? Komunikat nie byl chyba do konca czytelny i przekonujacy... Robie wiec kolejne napisy “autostop” i “prosze!” - w lustrzanym odbiciu, aby kierowca widzial je w lusterku. Zadzialalo! Okazalo sie ze jestem pierwsza autostopowiczka w zyciu “upolowanego” kierowcy. Mam nadzieje ze nie ostatnia :)

       Gdy bylam jeszcze przed Katowicami dostaje telefon od Tomka. Okazalo sie ze zlapali stopa ...prosto na Wegry! I co teraz? Czekac na mnie czy jechac? Szybka decyzja - “Jedzcie, taka okazja moze sie nie powtorzyc, ja jakos sobie poradze...”. I tak wlasnie okazalo sie ze jade wlasnie wmoja pierwsza samotna zagraniczna podroz i pierwsza samotna taka dluga – oby tylko udalo sie dotrzec dzisiaj i nie utknac gdzies samej na Slowacji na noc...lubie wyzwania! jestem dobrej mysli – wierze we wlasne szczescie, ktore chyba przylaczylo sie do mnie w momencie wyjazdu z Poznania.

       W Krakowie nie stoje dlugo – za to duzo dluzej w korku na zakopiance – ale to juz w samochodzie. W Rabce rownie szybko lapie ciezarowke do granicy (Chyzne). Tam kolejka samochodow na ruchu wahadlowym. A w niej polski dziadek wybierajacy sie na Wegry. No to jade! Troche trudno bylo mi sie dogadac dokad konkretnie jedzie moj kierowca – mam malo szeczegolowa mape Europy (po co mialam brac inna, skoro Tomek ma mape Wegier?). W koncu kazuje sie ze jedzie bardziej na zachod, co oznacza ze jesli pojade z nim na wegry, to aby dojechac do Szodliget (okolice Vac), bede musiala sie cofnac najpierw do Budapesztu i tam sie jakos przebic na polnoc. Troche skomplikowany manewr, zwlaszcza noca, poza tym sporo nadrobionej drogi...decyduje sie wiec wysiasc na Slowacji i jechac przez Banska Bystrzyce i Zvolen skad prowadzi juz prosta droga do Vac. W pewnym momencie orientuje sie ze chyba zjazd na Banska Bystrzyce juz jakis czas temu minelismy (kiepsko ta slowacja oznaczona, a moja mapa niedokladna)– bylam przekonana ze bedziemy tamtedy jechac, ale okazalo sie ze kierowca nie chcial jechac platna autostrada. Proponuje mi ze wysadzi mnie za jakies 80 km – na krzyzowce, skad bede mogla odbic na Zvolen. Podejrzewam jednak ze tempem mojego kierowcy bedziemy tam juz o zmroku, po za tym nawet jesli zlapie stopa na wchod – do Zvolenia, to i tak bede musiala jakos wskoczyc w Zvoleniu na trase w strone Vac, co moze byc szczegolnie o tej porze skomplikowanym menewrem. To nie wrozy zbyt dobrze. Dziekuje wiec kierowcy i decyduje sie wysiasc na najblizszej stacji...i lapac stopa w odwrotnym kierunku – musze sie cofnac jakies 30 km do Ruzomberoku, skad leci trasa na Banska Bystrice, Zvolen no i Vac. To moj pierwszy stop na Slowacji – do tej pory zawsze ja przejezdzalam od granicy do granicy. Troche sie obwiam, niedlugo bedzie juz ciemno...jednak niepotrybnie -  po chwili mam juz stopa. Kierowca jest informatykiem, ale okazuje sie filozofem z zamilowania. Nasza dyskusja filozoficzno-teologiczna (polsko-slowacko-angielska) szybko dobiega konca wraz z dotarciem do Ruzomberoku. Kierowca wysadza mnie w dobrym miejscu – wylot z miasta, duzo miejsca na zatrzymanie sie... niestety niewielki ruch. Chcialabym tutaj zlapac cos bezposrednio na Wegry, dopuki jest jasno, jednak gdy zatrzymuje sie mlody, energiczny Slowak i proponuje podwiezienie do Krupiny (40 km przed granica wegierska), decyduje sie jechac...Droga zlatuje niesamowicie szybko – nie dosc ze chlopak niezle zasuwa po autostradzie, to jeszcze non stop sie smieje, a konwersacja polsko-slowacka nie sprawia nam wiekszych trudnosci. Podoba mi sie slowackie przytakiwanie – hej, hej, hej, ano, hej... W pewnym momencie dzwoni telefon – do kierowcy dzwoni “frajerka”. Jak sie okazuje tak po slowacku mowi sie o swojej dziewczynie :D  Powoli zaczna sie sciemniac...Cudownie byloby przyuwazyc jakis wegierski samochod...co chwila wyprzedzamy jakies auta, ale wszyscy to Slowacy. Mimo to caly czas towarzyszy mi optymizm (jak tu nie byc optymista, gdy cala droge sie smiejemy) – ma jakies przeczucie ze dzis dotre na Wegry. I wreszcie pojawia sie! Jest! Wegierski tir przed nami! Zapalamy wiec swiatlo w kabinie by byc widocznym i klaksoniac go wyprzedzamy a ja wystawiam przez okno napis “Hungary”. Tir mruga swiatlami – udalo sie! Zasuwamy wiec do przodu – do Krupiny juz tylko kawalek, tam wysiadam przy “czerpaczce” (stacja benzynowa :D) spokojnie sie wypakowuje, wkladam odblaskowa kamizelke by byc dobrze widoczna i czekam az nadjedzie wegierska ciezarowka. Udalo sie! Jade!!! Droga do celu mija na nietypowej konwersacji – okazuje sie ze kumpel kierowcy ma zone Polke, ktora zna wegierski. Dzwoni wiec do niej i sluchawka wedruje raz to do mnie, raz to do kierowcy :D Na szczescie kierowca wie gdzie jest Szodliget (troche obawialam sie jak tam trafie, bo Tomek mial mape gdzie on byl zaznaczony – ja jedynie pamietalam ze to gdzies w okolicy Vac, nad Dunajem. Ale nawet w atlasie samochodowym do ktorego zerkalam u jednego z kierowcow nie bylo jego zaznaczonego...). Trudno mi uwierzyc ze juz jestem na miejscu – zlecialo momentalnie (w sumie 14 godzin – od momentu wyjazdu z Poznania to 13). Nie liczac trudnego wyjazdu z Poznania, to chyba nigdzie nie stalam dluzej niz 10 minut. Na miejscu kolejne zdziwienie – Agi i Tomka jeszcze nie ma. Jestem pierwsza. Jak dobrze ze sa we dwojke i maja namiot. :)

Jestem juz po obiadku (wegrzy jadaja go o 12! - zaloze sie ze jadlam go w tym czasie co moja rodzinka sniadanie) i sobie teraz leniuchuje na plebanii :) mam tu dostep do netu wiec mysle ze bedzie jeszcze okazja by napisac cos wiecej o tym miejscu.


sobota, 12 lipca 2008, autostopka

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: Ais, aeia194.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/07/14 19:15:02
Jeju^^ Uwielbiam Cię czytać^^ Z każdą Twoją notką mam co raz większą ochotę na stopa:) Tylko, że właśnie samej nie uśmiecha mi się to.. Co prawda raz już się odważyłam na samotną TiRową przejażdżkę, no ale to tylko raz.. Mam nadzieję, że w końcu poznam kogoś kto będzie równie chętny na takie podróże jak i ja:) Pozdrawiam i życzę jeszcze więcej przygód i szczęścia^^!
-
2008/07/16 09:25:48
Jesteś niesamowita! Podziwiam i zazdroszczę. Jak Cię dłużej poczytam to kto wie czy nie zostanę autostopowiczką :)
-
Gość: kachna, rejon9.ztpnet.pl
2008/07/20 02:09:50
Ahoj!

Ja z Poznania kiedyś chciałam wydostać się w stronę Berlina.... i zeszło mi 7h czekania! BEZSKUTECZNIE!
Stałam z kumplem na stacji k.McDonalda, krajowa 2

Poznań to CZARNA DZIURA!

Szerokich dróg!

Liczniki